07.09.2010

Wracam do Was Kochane Dziewczyny!

Nie było mnie tu długo, oj bardzo długo.
Szczerze mówiąc, nawet nie wiem od czego zacząć...
Miałam wrócić, jak gdyby nigdy nic, i „rozkręcić” kolejnego posta.
Ale, wewnętrznie czuję, że powinnam Wam napisać dlaczego ta długa nieobecność, skąd to milczenie. Przez dwa lata prowadzenia bloga, tak bardzo stałyście się mi bliskie, że chyba jestem Wam winna uchylenia rąbka...

Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, chcę Wam Kochane bardzo serdecznie podziękować za wszelkie maile, które świadczą o tym, że „nasz świat” to nie tylko wirtualna „paplanina”, to także realny wymiar przyjaźni i troski o drugiego człowieka. Doświadczyłam wielu przejawów sympatii z Waszej strony, za które jestem niezmiernie wdzięczna. Pewnie, gdyby nie Wy, nie miałabym sił, by tu wrócić.
Nie chcę imiennie dziękować, bo jest Was naprawdę spora grupka, a broń Boże nie chciałabym żadnej z Was pominąć!!!
Dlatego przyjmijcie ode mnie liczne uściski i buziaki – JESTEŚCIE CUDOWNE! :***

A teraz do rzeczy...
(uprzedzam, że będzie długo, bo nie da się tego sklecić w pięciu zdaniach!)
Jak wiecie, byłam (i jestem) matką samotnie wychowującą, mam cudownego syna. Kilka lat temu poznałam kogoś, z kim myślałam, że stworzę namiastkę prawdziwej rodziny.
To były cztery lata, które skończyły się i już nigdy nie wrócą...
Tak, znowu jestem sama, tzn z synem, pieskami, i szczurkiem oczywiście.
Gdy poznałam Darka, byłam pełna nadziei na dalsze, wspólne życie.
Człowiek ten pochodził z bardzo biednej, wręcz skrajnie biednej rodziny. Ale dla mnie najważniejsze było to, że jest pracowity, uczynny, stroni od alkoholu, i ma dobre serce (tak wówczas myślałam).
Zawsze chętnie mi pomagał we wszystkich pracach, chodził ze mną na wielogodzinne zakupy, kochał zwierzaki i był bardzo cierpliwy.
Zamieszkał u mnie i wiedliśmy normalne, rodzinne życie.
Ale... No właśnie było jedno ALE!
Ten mężczyzna nigdy nie pokochał mojego syna, ba, on nawet chyba Go nie był w stanie zaakceptować. Był o wszystko zazdrosny i zawistny!
Nie mógł pojąć, dlaczego „dzieciak” jest tak bardzo kochany przez dziadków, bo on takiej miłości nigdy nie zaznał. Nie mógł pojąć, dlaczego Oskar ma „swoje zaskórniaki”, bo on jako dziecko nigdy ich nie miał. Nie rozumiał dlaczego tak bardzo roztaczam nad nim opiekę, bo on nigdy tej opieki nie doświadczył. Wręcz oburzał się za każdą kolejną parę butów. On chodził w butach po starszym rodzeństwie przez kolejne lata, dopóki noga nie zrównała się z ich rozmiarem.
I tak mogłabym wymieniać bez końca!
Był zazdrosny dosłownie o wszystko!!!
A najbardziej o Jego wiedzę i wyniki w nauce.
Zawsze przytaczał słowa: „Jasne, że dobrze się uczy, a co ma innego do roboty? Tylko z nosem w książkach siedzieć! Gdybym, ja w jego wieku też nie miał nic innego do roboty, to dzisiaj..........!!!”
Albo: „Dzieciaki z miast nawet nie dostają do pięt dzieciakom ze wsi! Oskar zginąłby nawet przy młodszej koleżance ze wsi. One nauczone są pracy od najmłodszych lat.”
Tego typu i podobne teksty wysłuchiwałam niemal codziennie :(
Nie docierały do niego moje argumenty, w stylu:
DZIECKO MUSI MIEĆ DZIECIŃSTWO!!!
Głośno krytykowałam i nigdy nie kryłam oburzenia, w stosunku do ludzi, którzy od najmłodszych lat wykorzystują dzieci do ciężkich prac w gospodarstwie. Jestem wręcz przekonana, że biedne, wielodzietne rodziny wiejskie posiadają liczne potomstwo w ilości składu drużyny piłkarskiej, tylko po to, by mieć darmową siłę roboczą.
Takiemu postępowaniu zawsze mówię kategoryczne NIE!!!
Ale ten problem nie jest tematem dzisiejszego posta.
Przez cztery lata wspólnego mieszkania był czterokrotnie świadkiem zakończenia roku szkolnego. Za każdym razem świadectwo z paskiem, nagroda i listy pochwalne. Nigdy w obliczu mojej ogromnej radości nie zdobył się na to, by Mu pogratulować, uścisnąć dłoń, by powiedzieć miłe słowo, by okazać choć cień radości.
W dniu urodzin, czy podczas Świąt, z wielkim trudem wysilał się na kilka słów życzeń. Nie rozmawiał z Nim. Czasem musiałam gdzieś wyjść, nie było mnie kilka godzin, a po powrocie pytałam, jak spędzili ten czas?
Jedno siedziało w jednym pokoju gapiąc się w telewizor, a drugie w drugim pokoju, przy biurku, z nosem w zeszytach i książkach.
Nie zamówili ani jednego słowa, choć mój syn bardzo często robił „podchody” w tym kierunku. Jednak szybko i skutecznie zostawał zbywany :(
Doszło do tego, że potrafił syna zgonić z kanapy, bo tam właśnie w danym momencie zapragnął wywalić swoje zmęczone kości.
Przyczepiał się o wszystko: o włączony komputer, o zapalone górne światło zamiast lampki na biurku, o to że spóźnił się kilka minut wracając z podwórka do domu. Denerwowała go chyba nawet Jego obecność.
Stałam między młotem, a kowadłem.
Robiłam wszystko, by jakimś cudem scalić nas w jedną rodzinę.
Tłumaczyłam sobie, że przecież jest pracowity, sumienny, obowiązkowy, nie pije, nie szlaja się z kolegami, przychodzi z pracy prosto do domu.
Miał trudne dzieciństwo, nie był rozpieszczany. Musiał jako dziecko pracować, zarabiać na szkołę, na ubrania. Często nawet nie miał co zjeść!
Tłumaczyłam sobie, że to dobry człowiek, tylko bardzo skrzywdzony przez los. Nigdy nie doświadczył od najbliższych dobra, więc teraz tego dobra nie potrafi najbliższym ofiarować.
W wielu życiowych sytuacjach był niemal idealnym partnerem na resztę życia.
Jednak oziębłe traktowanie mojego syna było nie do przeskoczenia.
Zaczęłam się izolować, zamykać w sobie. Nocami, i w dzień kiedy był w pracy często płakałam, by dać upust nagromadzonym emocjom.
Rodziły się w domu konflikty. Były coraz częstsze i tyczyły coraz większych pierdół, a w większości chodziło o mojego syna. Czułam, ze odsuwam się nie tylko od niego, ale też od mojego jedynego dziecka, bo zrobiłam się drażliwa, nerwowa, wybuchowa.
Wpadałam w coraz większe doły.
Odizolowałam się od reszty świata. Nie mogłam spać. Zdarzało się, że nie zmrużyłam oka nawet po kilka nocy z rzędu. - (pamiętacie moje nocne komentarze na Waszych blogach?)
Chodziłam po mieszkaniu jak zombi z czarnymi podkowami pod oczami, skórą w szarym kolorze i błędnym wzrokiem. Nie byłam w stanie na niczym się skupić. Przestałam robić rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. Snułam się po mieszkaniu jak zaprogramowany robot wykonujący obowiązkowe czynności. Moje przygnębienie sięgnęło zenitu.
Już nie płakałam, ale ryczałam, wyłam jak wilk do księżyca.
Gasłam w oczach, chęć do życia wypalała się jak płomień świecy.

I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem zdominowana przez głęboką depresję. Znam to uczucie doskonale, bo cierpię na tą chroniczną przypadłość od 1997 roku, od momentu, w którym mój ukochany dziadek umarł na moich oczach.
Ta choroba jest podstępna jak licho! Z niej nie da się całkowicie wyleczyć, można ją jedynie skutecznie zaleczyć i przez całe życie pracować nad sobą, by nigdy nie powróciła. To nie jest jakiś wirus, którym można się zarazić, i można się przed nim ustrzec. Jest specyficzna i bardzo podstępna. Wybiera sobie ofiary. A stają się nimi ludzie bardzo słabi emocjonalnie, ze słabą psychiką, ci, których określa się mianem nadwrażliwców.
Byłam nie do życia...właściwszym określeniem byłoby: sięgnęłam dna psychicznego.
Nie wychodziłam z domu, nie robiłam zakupów, nic mnie nie cieszyło.
Potrafiłam wpatrywać się przez okno godzinami w jeden punkt.
Przestałam oglądać tv, komputer nie istniał, czytanie było bezcelowe, gdyż nie byłam w stanie zrozumieć prostej treści.
Ukochane targi staroci i odnawianie gratów, było nieosiągalnym, odległym mitem.
Najbliższa rodzina była przerażona, namawiali mnie na wizytę u lekarza i na terapię.
Ale ja nie byłam w stanie nawet ubrać się i wyjść z domu!!!
W końcu, pod koniec czerwca, dałam się „wpakować” w samochód i zawieźć do lekarza, do Opola.
Natychmiast dostałam leki i natychmiast zostałam skierowana na terapię.
Jestem już pełne dwa miesiące na lekach, pod kontrolą lekarza.
Co tydzień jeżdżę na indywidualną terapię.
Jest coraz lepiej, z każdym dniem wracam do świata żywych.
Obraz zombi powoli zanika, a w jego miejsce zaczyna wyłaniać się kobieca sylwetka, która jest ubrana i pomalowana.
Jeszcze nie uśmiecham się, jeszcze nie wychodzę na spacery, ale myślę, że to tylko kwestia czasu.
Po pierwszej wizycie u lekarza, tuż po zakończeniu roku szkolnego, Darek wrócił z pracy, spakował się i wyszedł. Opuszczał mieszkanie ze słowami na ustach: „nie mogę znieść Tego co się z Tobą dzieje”.
W momencie, kiedy podjęłam decyzję o leczeniu, on postanowił odejść.
Kolejny cios. W jednej chwili wszystko się skończyło, legł w gruzach mój czteroletni związek. Plany runęły niczym budynek wysadzony w powietrze. A przecież moim głównym planem było nauczenie Darka miłości do najbliższych i scalenie tego, co myślałam, że jest realnym.
Kolejny powód, by się załamać...
Ten, który wpędził mnie w stan głębokiej depresji, odszedł, nie mogąc jej znieść!
Ale nie poddałam się! Nadal wytrwale jeździłam do Opola na terapię. Nadal brałam leki. Jednak serce nie sługa, zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Kilka razy trafiłam na pogotowie, a stamtąd do szpitala na doraźny oddział ratunkowy, by ustabilizować pracę serca.
Od dwóch tygodni serce pracuje spokojniej, a ja nie uroniłam łezki.

Dziś wiem, że człowiek, z którym mieszkałam, z którym układałam sobie życie, swoim odejściem zwrócił mi wolność. Nie wolność w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale wolność miłości matki do dziecka, która do tej pory była tłamszona i przygasała niczym wypalający się płomień świecy.
Syn stał się radośniejszy. Znowu zasiadamy wspólnie przed telewizorem i oglądamy przyrodnicze filmy. Znowu siedzimy razem przy komputerze. Znowu opowiada mi jak było w szkole. I wreszcie znowu słyszę z Jego ust słowa: „Mój Ty maluszku” wypowiadane z uśmiechem i miłością w sercu.
(Ja – maluszek 162cm, On – dryblasek 188cm)
Wreszcie po czterech latach, możemy czuć się swobodnie we własnym domu!
Czuję, że powoli wychodzę na prostą.
Zaczynam zamykać definitywnie pewne etapy mojego życia.
I tak na pierwszy ogień kończę przygodę z chopperem!
Motor idzie na sprzedaż, a ja za te pieniądze spełnię sobie jedno z moich wielu marzeń, które zawsze miałam, a które ostatnio odeszły w zapomnienie.
Zrozumiałam, że musi się coś skończyć, by mogło się coś zacząć...
Zwłaszcza, jeśli ma się skończyć coś gorszego, na poczet zaczątku czegoś lepszego...

Wiem, że wiele z Was cierpi na depresję. Czytałam nie jeden raz notki na Waszych blogach. Depresję zawsze powoduje jakiś czynnik. U mnie tym czynnikiem był Darek, a ściślej mówiąc jego zachowanie w stosunku do mojego dziecka.
I wiecie co?
Najlepszym sposobem na wyjście z choroby, jest całkowite wyeliminowanie czynnika, który ją powodował.
Wiem, że to czasem bywa bardzo trudne, wręcz niemal niewyobrażalne.
Ale to jedyna i skuteczna metoda.
Trzeba wybrać, to co jest dla nas najlepsze i najważniejsze,
a dla matki zawsze najważniejsze będzie jej dziecko (dzieci).
Byłam w błędzie mając nadzieję, że wyleczenie depresji uratuje mój związek, naszą rodzinę.
Ja byłabym uleczona, ale Darek nadal pozostałby sobą...

* * * * *

Na zakończenie, by nie było tak zupełnie pusto, obrazy z wakacji mojego syna,
na które wyruszył wraz z dziadkami w poszukiwaniu przygód.
Na zdjęciach m.in:
- widoczki z ośrodka wczasowego,
- moja kochana rodzinka: mamcia, tatko i dryblasek,
- kulig na wodzie, czyli rowery wodne za motorówka,
- kwiatowe parasole,
- na szlaku 16 wodospadów,
- 25 km spływ tratwami po Dunacju,
- książę na zamku ;)
- widok na okolicę z motolotni,
- mama zauroczona mini pisiakiem ;)
- tato w roli Brunhildy ;)
Ostatnie zdjęcie przedstawia najdoskonalsze i najbardziej kochające się
małżeństwo świata - moich rodziców!
I tym samym moje odwieczne marzenie, które wydaje się nie być realnym...


  
 

  
  
  

W tym roku wakacji nie miałam.
Moją jedyną „rozrywką” były wyjazdy na terapię.
Ale mam zamiar wszystko nadrobić, i to już wkrótce!

Pozdrawiam Was Kochane Dziewczyny :*
I jeszcze raz bardzo dziękuję za wszelkie słowa sympatii nadesłane w mailach
i pozostawione w komentarzach pod poprzednim postem.
Ściskam Was wszystkie :*

**************************************************

36 komentarzy:

  1. Wspolczuje Ci,ze nie spelnilo sie Twoje marzenie,ale moze jest jeszcze przed Toba?Wychowywalismy sie z bratem bez ojca,ktory pil,bil matke i uciekal.Praktycznie nigdy z nami nie mieszkal.Kiedy bylismy w podstawowce mama chciala ulozyc sobie zycie,ludzila sie,ze sie zmienil i wziela go do domu.Bylam przeciwna,wrogo nastawiona,nie znalam go i brzydzilam sie nim.Zaczely sie awantury,bicie,ucieczki z wyplata,przyjazdy pogotowia,bo mama wyla z rozpaczy.Jedynym plusem jego krotkotrwalego powrotu byl maly braciszek,podpora moja,nie bylam juz taka samotna.Pewnego dnia wyszedl i juz nie wrocil.Nie ulozylo sie mu w zyciu,jest sam,byl bezdomny,nadal pije.Ja od dziecka cierpialam na nerwice lekowa,nie wiedzialam o tym,wciaz sie czegos balam.Od dwoch lat przyjmuje antydepresanty ale nie mam szczescia trafic na dobrego terapeute.Nie zaluj,ze odszedl.Twoj syn cierpialby przez niego.Moglas go wykopac duzo wczesniej.To jest trudne,jak sie kocha.Ale teraz widac,kto Cie kocha naprawde.Iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Sciskam Cię mocno - podziwiam za podjęcie decyzji i życzę wytrwałości. Jesteś cudowną kobietą i matką - Pamiętaj o tym :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Aluś, kochana, jak dobrze, że juz wracasz do zywych. Bardzo się cieszę, że jest lepiej. A tak w ogóle to wiesz jak jest... coś się kończy i coś się zaczyna:)
    Buziaczki od serca Ci ślę:):):) cmok cmok:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Słowa mi ugrzęzły w gardle... Ściskam Cię kochana i wracaj do nas szczęśliwsza!
    Ciepełko ślę!

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam Cię ! Fajnie, że już jesteś.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Alexo przeczytałam jednym tchem. Dzielna z Ciebie Kobieta i Matka. Pomyśl że teraz bedzie z każdym dniem lepiej, a Ty jesteś silną osobą. Wypoczywaj, nic na siłę. Ktoregos dnia w pełni odzyskasz siły i wiarę. Tzrymam ksiuki za Ciebie, za Was.
    buziaki i cieple myśli ślę

    OdpowiedzUsuń
  7. Alus ciesz sie ze wróciłaś . Choc powrót taki smutny .
    Jestem tego zdania i nawet przekonana ,ze to dobrze ze tak sie stalo .Moze lepiej ze cztery lata a nie osiem.....Chyba zacznij zyc dla siebie i ze soba .Zyc dla syna który jest tak mocno Twój. Turbulencje wywołane sytuacja życiowa po prostu Cie rujnują !!!!
    Terapia to dobry początek na Nowe odczuwalne życie. Korzystaj Alus z każdej sekundy .Słuchaj brzusia co ci wewnętrznie szepce .Nie ignoruj zadnych znaków pisanych wszędzie .
    Masz rodzinę synka a to jest juz jak dobra terapia. Oni Cie Kochają. Trzymam Kciuki
    Twoja Ania

    OdpowiedzUsuń
  8. To bardzo trudne co masz za sobą, ale już jest 'po'. Najważniejsze, że dałaś radę.
    Jesteś niezwykłą osobą i zobaczysz, będziesz jeszcze szczęśliwa, tylko daj temu szczęściu Cię odnaleźć....

    Ściskam :))

    OdpowiedzUsuń
  9. Alexo, jestem z Ciebie dumna ze tak sobie poradzilas. Znasz takie powiedzienie: chlop z wozu, koniom lzej;)Teraz juz bedzie tylko z gorki. Dbaj o siebie, a nas nie zaniedbuj.
    Pozdrawiam serdecznie
    Monique

    OdpowiedzUsuń
  10. Alexo, dobrze, ze wyrwałaś się ze szponów depresji, a powód do dumy masz i to widzę WIELKI ;-) Masz wspaniałego syna, czytałam poprzedniego posta, która matka by nie chciała mieć tak wychowanego dziecka? Pozdrawiam i ściskam serdecznie i witam po dłuższej nieobecności.

    OdpowiedzUsuń
  11. Alexo,

    Zaczynając czytać wpis, nie sądziłam, że to będzie taka historia. Pocieszające jest to, że podjęłaś ważne decyzje w swoim życiu. Jak wszystkie dziewczyny, mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Z każdym dniem. Z każdą chwilą. Ciesz się najmniejszymi drobnostkami. Myślę, że mając tak wspaniałego syna, nie możesz już się smucić. A jaki z niego przystojniak!!! :-) Życzę Wam obojgu wszystkiego najlepszego. Pisz jak najczęściej, to zawsze dobry lek na smutki.
    Serdeczne pozdrowienia,
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  12. Kochana Alexo...miło że jesteś tu znowu z nami...to też jest jeden z dowodów że już jest z Tobą lepiej!!!!Mądra i odważna z Ciebie Kobieta choć zapewne podjęcie tego typu decyzji nie było łatwe!Najważniejsze, że masz Kochających Rodziców, Syna, swoje marzenia....Kiedy Depresja zaszyje się głęboko w Ciemnym kącie...będziesz (bo przecież jesteś w głębi siebie)znowu szczęśliwa, pełna radości i nowych pomysłów!!!Trzymam kciuki i wierze w Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  13. Alexo, bardzo mnie Twój post poruszył.
    Zatkało mnie i nie wiem co napisać. Życzę Ci kochana duZo siły i samych życzliwych ludzi wokół.

    Pewne jest to ,że Oskar ma WSPANIAŁĄ MAMĘ !

    OdpowiedzUsuń
  14. współczuję...mam nadzieję,że ten koszmarek się skończy.całuję i życzę powodzenia terapii:**

    OdpowiedzUsuń
  15. Alexo,Twoja historia jest bardzo smutna,ale wiem,czuję to,że tak naprawdę,to jesteś szczęśliwa,dlatego,że masz kogo kochać (a nie każdemu jest to dane),Cudownych Rodziców i swojego Jedynego Super Syna ! Oni Ciebie też bardzo kochają,uśmiechaj się do nich,dasz radę!!
    Jak dobrze,że wróciłaś,pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  16. Będzie dobrze!!!Zamknij tylko mocno drzwi za tą historią i patrz do przodu a znowu zaświeci życiowe słońce.NAPEWNO!!!:))))Wszystkiego dobrego Wam życzę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wiesz, nie wiem co napisać...
    To normalne, ze chesz być kochana, pamiętam jak opowiadałaś nam swój sen. wiesz ja życzę Ci aby on się spełnił! a facet - dobrze, ze odszedł - strasznie toksyczny :(
    w tych czasach jak słyszę rozmowy "dorosłych" to z reguły są takie, ze: ja nie miałam kiedyś tego, to on (mówiąc o swoim dziecku) też nie będzie miał, niech sobie zapracuje...
    Ci drudzy starają się aby ich dzieci miały lepiej niz oni sami mieli...
    Eh, życie. Alexo ciepełko ślę i uwierz mi, będzie dobrze :*

    OdpowiedzUsuń
  18. Przytulam ciepło.
    Zasługujesz na wszystko co najlepsze:)

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie wiem co mam napisać,(...)
    Będziesz szczęśliwa i to już wkrótce, z syna możesz być dumna, pozazdrościć można :) Ta miłość jest najważniejsza. Uśmiechaj się jak najczęściej, życie jest kolorowe i takiego Ci właśnie życzę.
    Gorąco ściskam...

    OdpowiedzUsuń
  20. Witam!! I dodam że jestem z Ciebie bardzo dumna podjęłaś swietną decyzje..chciałąś się leczyć bo teraz ty i twój syn jesteście najważniejsi...Powodzenia i szybkiego powrotu do zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  21. nie wiem co napisać-normalnie mnie zatkało
    fajnie, że do nas wróciłaś
    życzę, żeby to co złe było tylko mglistym wspomnieniem, a przyszłość niech się rysuje świetlana :)

    ps - wychowywałam się bez ojca, moja mama próbowała sobie ułożyć życie z mizernym skutkiem
    jako nastolatka modliłam się, żeby dane jej było spotkać kogoś, z kim spędzi resztę życia, bo miałam świadomość, że niedługo z bratem się wyprowadzimy, a ona zostanie sama
    i wymodliłam- mam wspaniałego ojczyma od 15 lat, a moje dzieci przewspaniałego dziadka ( ten prawdziwy nawet nie odwiedza wnuków :()

    jeszcze raz życzę, żebyś trafiła na faceta dla siebie i na "ojca" dla swojego syna :)

    OdpowiedzUsuń
  22. :(
    Najważniejsze,że masz już wszystko za sobą i życzę Ci z całego serca aby teraz na Twojej drodze stawały same wspaniałe osoby,a wszystkie troski i smutki poszły w cień...
    A ja myślałam,że tak wytrwale pracujesz nad swoją piwniczką i to jest powodem tak długiej nieobecności:(
    Pozdrawiam serdecznie i walcz moja droga,bo masz dla kogo żyć:)

    OdpowiedzUsuń
  23. Droga Alexo! To jest nareszcie wspaniała wiadomość!
    Nie masz pojęcia jak się cieszę, że tak sobie doskonale poradziłaś z tą okropną sytuacją.

    Poza tym myślę, że Twój wpis dzisiejszy świadczy o tym,że wcale, ale to wcale nie straciłaś ochoty na szczęśliwe życie. To była tylko chwilowa utrata apetytu. I minęła. Bezpowrotnie.

    Pozdrawiam najserdeczniej Ciebie i Oskara, a i zwierzątka Wasze głaszczę

    OdpowiedzUsuń
  24. Dobrze, że już jesteś z nami i że te trudne chwile należą do przeszłości.Przeczytałam kiedyś mądre słowa: "Każdy słoneczny dzień, zaczyna się głęboką nocą". Samych słonecznych dni Wam życzę. Dobre myśli posyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  25. kochana Alex,
    trzymam kciuki za Ciebie! zasługujesz na cudowne życie,tak cudowne jak Ty!:* buziaki ślę gorące!

    OdpowiedzUsuń
  26. Podjęłaś własciwą decyzję.Oskar jest najważniejszy!
    Cieszę się ,że wróciłaś do nas.martwiłam się o Ciebie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  27. Alicjo, niesamowita jest Twoja siła! zobacz jak w krótkim czasie udało Ci się wiele osiągnąć, czas leczy rany i jest najlepszym terapeutą więc daj czasowi czas ;) odpoczywaj, spełniaj się jako matka już niczym i nikim nie krępowana no i powróć do swojego hobby co byśmy mogły znów podziwiać Twoje dzieła :)
    Ściskam Cię mocniachno!

    OdpowiedzUsuń
  28. Trzymaj tak dalej - dzielny "Maluszku" :))

    OdpowiedzUsuń
  29. Od pewnego czasu podpatrywałam Twojego bloga anonimowo. Martwiłam się tą ostatnią ciszą i przeczuwałam, że cos się dzieje. Dobrze ,że wróciłaś i jeszcze lepiej, że nie jestes już z tym człowiekiem. Będziesz szczęśliwsza i zobaczysz, że kiedyś zrealizujesz swoje marzenia. Pozdrawiam, Dusia niebaskrawek.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  30. Alexo, przytulam Cie mocno na powitanie. Współczuję Ci, bo musiałaś bardzo cierpieć bijąc się z myślami i podejmując takie a nie inne decyzje. To były smutne wakacje, ale jest już po wszystkim i czekają Cię już same dobre dni. Wierzę w to i Ty w to uwierz.Masz cudownego Syna, Rodziców, którzy Cię kochają i nas :)))) Buziaki ślę.

    OdpowiedzUsuń
  31. Alexo Kochana jesteś strasznie silną wbrew pozorom kobitką i ja jestem dumna z Ciebie jak nie wiem co !!!! Ciężkie chwile masz już za sobą i teraz będzie tylko lepiej ... na 100% ...

    Trzymam kciuki za Ciebie i Twojego syna ... Wasz team jest fantastyczny !!!!

    Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
  32. Jak wspaniale że wróciłaś,że stajesz na nowo na nogi.
    Wierzę w Ciebie bardzo mocno !!!
    Ściskam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  33. witaj Alexo ;]
    Masz zdolnego syna ;]]]
    zapraszam Cię serdecznie do zabawy w 10 rzeczy ,które lubię tak słynne na blogach ;]]]
    Trzeba wypisać 10 rzeczy ,które lubie i zaprosic nastepne 10 osób ;]
    Pozdrawiam !!

    OdpowiedzUsuń
  34. zaden facet na swiecie nie jest tego wart zeby marnowac sobie przez niego zycie,dziecko to rodzina,bo mezow mozna miec kilku,glowa do gory mysl o was dwojgu :) :)

    OdpowiedzUsuń
  35. Alexo kochana - ileż dobrych duszyczek przesyła Ci pozytywne fluidy!!
    Przykro mi strasznie, że spotkała Cię tak trudna rzeczywistość zwana depresja - ale ufam, że najgorsze już za Tobą, a to co czeka za zakrętem - jest pełne słońca i dobroci! Jesteś silna i dzielna, a Twoje marzenia na pewno zawiodą Cię ku tęczy na niebie!!
    Ściskam Cię mocno!!

    OdpowiedzUsuń
  36. Kobieto byłaś i jesteś wolną, jeśli nie był to sakramentalny związek. Nie warto było czekać tyle lat, aż 4, żeby przekonać się że to nie ten człowiek na zawsze. Masz cudownych rodziców żyjących w sakramentalnym związku i dlatego wytrwali ze sobą tyle lat. Nie zbudujesz swego szczęścia bez Bożego błogosławieństwa, pozostanie Ci tylko liczenie na drugiego często egoistycznego człowieka. W Twoich 2 związkach z mężczyznami zabrakło Boga. Przepraszam że pouczam, ale mam za sobą 21 lat związku sakramentalnego z mężczyzną i było różnie. Ale zawsze nadzieję pokładałam w Bogu i w sakramencie i w decyzji że nigdy nie dam mężowi rozwodu.
    Pozdrawiam cieplutko i zachęcam do szukania sobie szczęścia bo wierzę że na nie zasługujesz. Jesteś jeszcze bardzo młodą i atrakcyjną kobietą, szukaj aż znajdziesz.
    Prawie 50 latka.

    OdpowiedzUsuń