30.12.2011

NOWY ROK 2012 i spełnione malusie marzenie :)

Kochani, jak u Was z przygotowaniami do Sylwestra i powitania Nowego Roku?
Ja, wyrobiłam się nawet przed czasem, jak nigdy :)
Mieszkanko posprzątane, zakupy zrobione, opłaty już dawno zapięte na ostatni guzik. Przed chwilką skończyłam robić „tonę” sałatki. Od lat przyjęłyśmy z Mamą taką zasadę, że każda z nas przy szczególnych okazjach robi więcej jadła, a później dzielimy się wzajemnie przygotowanymi potrawami. Dzięki temu obie mamy o połowę mniej pracy w kuchni. Super rozwiązanie, polecam! :)
Noc sylwestrową najprawdopodobniej spędzimy w domku. Alek na samą końcówkę roku złapał paskudne przeziębienie i wszystko wskazuje na to, że oddamy się „rodzinnemu gapieniu się w ekran tv”. Trudno, najważniejsze, że będziemy razem, wszak nie chodzi o to gdzie, ale z kim :)
Chyba, że choroba rozłoży Go na łopatki, wtedy...
Nawet nie chcę myśleć co wtedy :(
Nie rozchoruj mi się na dobre Aleczku :*

Z końcem roku spełniłam jedno ze swoich małych marzeń, które nosiłam w sercu i głowie od dłuższego czasu. Marzył mi się bowiem przytulny kącik wypoczynkowy, z wygodnym, miękkim, obszernym fotelem i podnóżkiem (co zrealizowałam w zeszłym, roku). Ale obok fotela miało znajdować się duże lustro w drewnianej ramie, a przed nim drewniany stolik z „krzyżakowymi” nóżkami. Lustro zakupiłam jakiś czas temu, do tej pory stało na meblach, nad telewizorem. Wypatrzyłam je na aukcji, było dokładnie takie jak sobie wymarzyłam; w solidnej, dębowej ramie, która jest na tyle głęboka, że tworzy swoistą wewnętrzną 10-centymetrową półkę, na której można ustawiać przedmioty zarówno wew. lustra, jak i bezpośrednio nad nim. Brakowało mi jeszcze stolika, najlepiej gdyby był składany, i koniecznie tej samej szerokości co lustro. Poszukiwania trwały bez mała dwa lata.
Aż wreszcie... JEST!!! :)
W dodatku dokładnie taki, jaki „chodził” mi po głowie ;)
Jest to mój kolejny mebelek z kolekcji „LUPO” (co widać na zdjęciach), miałam już szafeczkę 3-poziomową, lustro, 2 regały 4-poziomowe, oraz 2 półki 2-poziomowe.
Dlaczego wszelkie drewniane mebelki wybieram właśnie z tej kolekcji? Ze względu na ażurowe elementy, które stwarzają wiele możliwości. Pionowe (typu drzwiczki, ramy lustra), stanowią doskonałe „rusztowanie” pod montaż wszelkich elementów zdobniczych, które można umieszczać w dowolnych miejscach, poziome zaś (typu półki, blaty) wspaniale przepuszczają rozproszone światło lamp lub świec.
Stolik ma dokładnie 50 cm szerokości, tyle co szerokość lustra.
Zarówno stolik, jak i lustro „pociągnęłam” woskiem wybielającym (robię to ze wszystkimi mebelkami, które są wcześniej olejowane, bądź bejcowane) i teraz tworzą zgrany duet, który ilekroć wejdę do pokoju, powoduje u mnie wewnętrzną radość.
Takie nic, a tak cieszy :)


Choinka, aby ustąpić miejsca nowym nabytkom, musiała „skurczyć” się o kolejne kilkadziesiąt centymetrów i poszukać sobie nowe lokum...


A wieczorową porą, gdy cisza przywołuje błogi spokój, a światło świec relaksuje i zmusza do zadumy...






Ponieważ jestem na blogu po raz ostatni w Starym Roku, chciałabym złożyć wszystkim zaglądającym do mnie osóbkom życzenia...

GDY NOWY ROK CYFRĘ ZMIENIA
WSZYSCY BLIŹNIM ŚLĄ ŻYCZENIA.
PRZY TEJ PIĘKNEJ SPOSOBNOŚCI
CHCĘ WAM ŻYCZYĆ MOC RADOŚCI,
ABY WSZYSTKIM SIĘ DARZYŁO,
Z NOWYM ROKIEM LEPIEJ BYŁO!

No właśnie Kochani, mówiąc prostym językiem, życzę Wam z całego serca, aby przyszły, Nowy Rok 2012 był dla wszystkich łaskawszy od tego, który teraz żegnamy. Ja czynię to bez cienia żalu, za to z ogromną nadzieją na lepszą przyszłość.
Ściskam Was wszystkich bardzo serdecznie :*
Bawcie się dobrze!
Do zobaczenia w przyszłym roku! ;)

ALEXA

PS
Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia świąteczne, które otrzymałam od blogowych Koleżanek, jak również od cudownych, miłych osób z „zewnątrz”. Serdecznie pozdrawiam nowe Koleżanki, które w komentarzach pod ostatnimi postami zdecydowały się zostawić po sobie swój pierwszy ślad, co było dla mnie niezmiernie miłą niespodzianką :)

24.12.2011

WESOŁYCH ŚWIĄT! :)

W tym roku u mnie skromnie. Nie mam głowy do nowych pomysłów, nie mam weny do tworzenia...
Moja biała „DAMA” nieco zmalała... Tak to już jest, żywe choinki rosną, a sztuczne maja dar do kurczenia się ;) Już wyjaśniam; zależało mi aby w tym roku choinkę nie stawiać przy oknie, tylko gdzieś w centralnym punkcie pokoju. Ponieważ była zbyt duża i obszerna, zamontowałam jedynie środkową i górną jej część, dolną darowałam sobie ze względu na ogromną rozłożystość gałęzi. Powstała całkiem zgrabna „panienka” i wcale nie taka malutka jak pierwotnie myślałam.
Aby zrobić jej dogodne miejsce przy fotelu, stolik kawowy musiał na czas Świąt zakotwiczyć pod oknem. Muszę przyznać, że spodobała mi się ta opcja, i kto wie czy już tam nie zostanie :)






Nic nowego nie dokupiłam, nic własnoręcznie nie zrobiłam :(
Pojawił się jedynie ON... cały z wikliny i trawy morskiej.
Nie mogłam się oprzeć, gdy wypatrzyły go moje oczy wśród szpargałów na starociach, tym bardziej, że kosztował całe 4zł. Pędzel w ruch i w mgnieniu oka stał się bieluśki, a prezentuje się tak:


Po okresie świątecznym planuję małą zmianę w swoim „saloniku”.
Przybyła jedna „niezbędna” rzecz, którą muszę teraz gdzieś ulokować, co stanowić będzie największy problem...
I koniecznie pobielić woskiem wybielającym, by pasowała do pozostałych mebelków.

Wracam teraz do ostatnich spraw typowo domowych, by zdążyć uporać się ze wszystkim przed Wigilią, którą w tym roku, jak zawsze spędzę u moich kochanych Rodziców.

Żegnam się z Wami życząc wszystkim:

WESOŁYCH ŚWIĄT! :)


17.12.2011

Z dodatkiem czerni, pomysł na lampkę i urocze maleństwa.

Do Świąt pozostało niewiele, zaledwie kilka dni.
Dzisiaj byłam u Was z odwiedzinami, u wszystkich do których zawsze zaglądam. Dekoracje, prezenty, potrawy, wypieki... Klimat nadchodzących Świąt dało się wyczuć przez ekran monitora.
A u mnie... ZERO! Nic się nie dzieje, oprócz porządków, które robię systematycznie. Mam tyle zmartwień na głowie, że nie potrafię nawet myśli skupić, a co dopiero wykrzesać siły do działania. Jeszcze w tak patowej sytuacji nie byłam, i to w takim momencie życia, iż wydawałoby się, że wszystko „wskoczyło” na właściwy tor, i teraz już tylko może być lepiej, teraz mogę bez przeszkód, z radością pędzić do przodu... Nic z tego! :(
Mamy swoje pragnienia, marzenia, wizję życia, a los i tak układa nam swój scenariusz. Jednak nadal mocno wierzę, wierzę w to, że może być lepiej. Gdyby nie ta wiara, życie straciłoby sens...


Gdy jest mi źle, potrzebuję zmiany. Skoro moje życie nie zmienia się na lepsze, to chociaż ja zmienię w nim to, co mogę i co potrafię. Każdy najmniejszy drobiazg, każdy szczegół wywołuje radość tak bardzo potrzebną w smutnej rzeczywistości.
Ponieważ kocham czerń w ubiorze i dodatkach wnętrzarskich, postanowiłam dołożyć do swoich czarnych bibelotów odrobinę czerni w tkaninie.
Kupiłam czarne tiulowe zasłonki, wyciągnęłam z pawlaczy podłużne, czarne podusie. Przeprosiłam mój stary kocyk w czarno-białą „zeberkę”. A śnieżnobiały obrus na stoliku kawowym obwiązałam czarną wstążką, która kiedyś była paskiem w ślicznej, tygrysiej podomce ;)







Nawet moje ulubione czarno-białe kubeczki wpisały się idealnie w nowy klimat :)


Wpadłam też na pewien pomysł z lampką...
Jakiś czas temu kupiłam na aukcji lampkę, która urzekła mnie z powodu „łamanego” trzonu. Była w oryginale „złota”, więc natychmiast przeszła etap malowania. „Ubrałam” ją w lniany abażurek wykończony u dołu koronką. Wyglądała słodko i romantycznie. Ale ileż można, czas na zmianę!
Kupiłam najzwyklejszy abażurek, który w mojej wizji powinien być czarny, niski, ale szeroki u dołu. Znalazłam! :) Niski po to, aby odsłaniał główną zaletę lampki, czyli „łamaną” nogę, szeroki by pomieścił większą ilość białych kokardek. Kawałek starej „siateczkowej” firanki, którą dostałam od Mamy, pocięłam na wąskie paseczki, i każdą z osobna przełożyłam przez cały abażurek u dołu zawiązując na kokardkę. Są umieszczone dookoła lampki, w ilości 8 sztuk. Pomysł tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłam wykorzystać go w podobny sposób na czarnych zasłonkach, i ta wersja upięcia pozostała jako ostateczna.




Jakiś czas temu robiąc zakupy w markecie Kaufland, Alek wypatrzył na pasażu z bibelotami malusie aniołeczki. Jak ja mogłam je przegapić, są cudne! A co najważniejsze kosztowały jedyne 4 zł/szt :) Kupiłam dwa leżące bobaski, oraz mini rameczkę z lusterkiem ozdobioną aniołkami.
Takie nic, a tyle radości ;)



I tym radosnym akcentem kończę dzisiejszy wpis, żegnając się z Wami do następnego razu. Przed Świętami wpadnę tu OBOWIĄZKOWO! :)
Pozdrawiam serdecznie - ALEXA

16.12.2011

Zmagań z życiem ciąg dalszy...

Znowu długo mnie nie było w blogowym świecie...
Gdy tak się dzieje przyczyny mogą być tylko dwie: totalny brak czasu, lub problemy, które przytłaczają jak ogromny głaz. Niestety, w moim przypadku jest to drugie.
Pierwszy cios zaliczyłam z końcem wakacji. Mój syn, który urodził się z przykurczem ścięgien, przeszedł operację, choruje na astmę i jest na stałych lekach, przez 16 lat pobierał zasiłek pielęgnacyjny z tytułu orzeczenia grupy. W tym roku po raz pierwszy na komisję lekarską stanął nie jako dziecko, ale jako dorosły człowiek. I wiecie co? Stał się cud, nastąpiło cudowne uzdrowienie, i pomimo przyznania grupy, nie otrzymał już świadczeń na leczenie. Dlaczego? Ano dlatego, że zmieniono stopień z umiarkowanego na lekki, i w tej sytuacji moje uczące się w I kl.L.O DOROSŁE dziecko może samo ZAROBIĆ środki finansowe na dalsze leczenie. Odwołaniem od decyzji wskórałam tylko tyle, że na nowym orzeczeniu pojawiły się dodatkowe zaostrzenia zdrowotne odnośnie podjęcia przyszłej pracy zawodowej.
Tylko zaraz, o jakiej pracy mowa? Przed moim synem 2,5 roku nauki w liceum, i kolejne lata na studiach w systemie dziennym.
No cóż... Witam brutalną rzeczywistość!

Ledwie zdążyłam pogodzić się z zaistniałymi faktami, gdy pojawił się kolejny cios od losu...
Ramziu mój ukochany zeskakując z kanapy i biegnąc co tchu na powitanie Alka wracającego ze sklepu, tak niefortunnie naskoczył na tylną łapkę, że zerwał doszczętnie ścięgna krzyżowe w kolanie. Usłyszałam z kuchni przeraźliwy pisk, a gdy podbiegłam mój maluszek leżał bokiem na podłodze nie mogąc się podnieść. Pojechaliśmy do weterynarza, po oględzinach kończyny usłyszałam „wyrok” - operacja! :( Akcja potoczyła się błyskawicznie, lekarz poinformował nas, że każdy dzień zwłoki pracuje na niekorzyść w rekonstrukcji kolana. Telefon do Kliniki Weterynaryjnej przy Akademii Rolniczej we Wrocławiu, i już następnego dnia o 8 rano byliśmy na miejscu. Najpierw seria zdjęć rtg, i już po godzinie nasz mały bidulek leżał na stole operacyjnym. Pomimo ogromnego stresu przyznam szczerze, że czułam się spokojna, a wszystko za sprawą personelu medycznego. To, jak traktują lekarze weterynarii swoich pacjentów i ich opiekunów przeszło moje najśmielsze wyobrażenia w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przed operacją rozmowa z chirurgiem, ordynatorem wydziału ortopedycznego, który poinformował nas o całym przebiegu operacji, oraz okresie rekonwalescencji. Odbyła się rozmowa z anestezjologiem, który wypytał o wszelkie aspekty mogące być zagrożeniem podczas zabiegu. Alek został mianowany „tatusiem” i pocieszano Go, że wszystko będzie dobrze ;)
Hm... On „tatuś”, to ja „mamusia”, czyli już stanowimy rodzinkę ;))
Operacja trwała godzinę. Ramziu ma w kolanie wszczepiony implant, który „trzyma” więzadła krzyżowe. Po udzieleniu wszelkich możliwych informacji i porad, zrobieniu fachowego opatrunku i owinięciu w kilka warstw koca, otrzymaliśmy sierotkę gotową do transportu do domku. Wybudzanie trochę trwało, dopiero jakieś 3 godz po zabiegu pechowy psotnik próbował podnosić główkę. Widok jego cierpienia, który wypisany miał w oczach, był jednym wielkim krzykiem rozpaczy :( Lekarz uprzedził nas, że operacje ortopedyczne są jednymi z najbardziej bolesnych zarówno dla zwierząt jak i dla ludzi. Tak naprawdę oblicze prawdziwego cierpienia nastąpiło w następnej dobie. Ramziu „płakał” cały czas, nie mógł ułożyć się w sposób, który gwarantowałby choćby najmniejszą ulgę. Co zrobiłaby matka małego dziecka w takiej sytuacji? Oczywiście niezastąpione ręce.
Nie pozostało i mi nic innego... Nosiłam biedaka kolejne dwa dni. Zasypiał na krótko tylko na moich kolanach. Robiłam mu zastrzyki z antybiotykiem co trzeci dzień i podawałam środki przeciwbólowe podskórnie. Powoli wszystko wracało do normy.


Jest już 1,5 miesiąca od operacji. Ramzes jest wesoły, szczęśliwy i nadal tak samo rozbrykany jak przed feralnym zdarzeniem. I chyba jeszcze bardziej zakochany w swojej Gajusi, która w tym trudnym okresie była nader opiekuńcza i wyrozumiała względem czworonożnego cierpiącego przyjaciela :)
W tym miejscu chciałam Ci Aleczku bardzo, ale to bardzo podziękowac za wszystko!
Jesteś prawdziwym przyjacielem "braciszku" ;)


Tak, chwila wytchnienia... Nie na długo.
Rozprawa alimentacyjna potoczyła się sprawnie i szybko. Już na pierwszym posiedzeniu Sądu zapadła ugoda na moją korzyść. Wcześniej otrzymywałam na syna 300zł, teraz mam 600zł, więc chyba mogę ująć ten fakt w pojęciu „z”, jak zwycięstwo.


Jednak to nie koniec...
Ledwie wyrok uprawomocnił się, ojciec wniósł sprawę o ustanowienie na mocy prawa kontaktów z dzieckiem. Szok!!! Przez 16 lat „tatuś” nie domagał się widzeń z synem ponad ustaloną przez siebie normę 2-3 wizyt w skali roku! Teraz obudził się ze snu zimowego i nagle zapragnął być wzorowym ojcem! Litości!!! Pierwsza rozprawa już za mną, niestety, nie ostatnia. Ojczulek zażądał widzeń z synem w drugi dzień Świąt B.N, pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych, każdą sobotę i ostatnie weekendy miesiąca. Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam czy mam się rozpłakać, czy raczej buchnąć gromkim śmiechem... Sedno sprawy tkwi w tym, że mój syn absolutnie nie zgadza się na taki liczny wymiar kontaktów z ojcem. Przez 16 lat, czyli przez całe swoje dotychczasowe życie przyzwyczajony jest średnio do 3 wizyt w skali roku, które zawsze odbywały się dobrowolnie, bez żadnego wymuszonego, odgórnego, przymusu. 16-latek to już nie małe dziecko, ale młody człowiek wkraczający w dorosły świat. Ma swoje życie, swoje sprawy, swoje pasje. Dużo nauki, treningi, konkursy. Od lat ma poukładane życie wedle swoich norm rozdzielonych na szkołę, obowiązki i czas wolny. W imieniu dobra dziecka nie mogłam zgodzić się na wygórowane żądania ojca, który tak naprawdę chyba do końca nie zdaje sobie sprawy o co tak naprawdę walczy...
Kolejna rozprawa 14 lutego, w dniu zakochanych. Być może do tego czasu tatulek uświadomi sobie, że dla dobra dziecka powinien poprzestać na takim wymiarze spotkań z synem, jaki odbywał się do tej pory, o co domagam się zarówno ja, jak i mój syn.

A teraz, na koniec:
S P R O S T O W A N I E :(
Kochani, post dotyczący domu, który ukazał się wczorajszego dnia nie powinien mieć miejsca. Sporządziłam go na początku tego roku, w wielkiej radości i euforii, gdyż dotyczył spełniania mojego największego marzenia. Zapisałam go w wersjach roboczych, gdzie miał czekać na swoją kolej w hierarchii publikacji, aż zostaną dopełnione wszelkie formalności. Niestety, na chwilę obecną moje wielkie marzenie stało się niespełnionym marzeniem, a radość życia przysłoniły mi inne, ważne sprawy i zdarzenia losowe. Całkowicie zapomniałam o wpisie zachowanym w wersjach roboczych, poza tym nie mam w zwyczaju robienia postów „na wyrost”, ten był wyjątkiem.
Wpis opublikował się wczoraj samoistnie, a ja dopiero dzisiaj zostałam o tym fakcie powiadomiona.
Dlatego też chciałam Was Drogie Koleżanki przeprosić za pomyłkę. Jednakże chciałam również bardzo serdecznie podziękować za komentarze, które zdążyły się pojawić w tym temacie. Jesteście Kochane i bardzo życzliwe, za co pragnę Was dzisiaj bardzo mocno, choć wirtualnie wyściskać :*

PS
Kolejny post już niebawem.
Tym razem będzie dotyczył w 100% aranżacji mojej przestrzeni życiowej.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie - ALEXA