Zastanawiałam się, czy zamieścić tego posta...
Za oknami świeci piękne słoneczko, ptaszki radośnie ćwierkają oznajmiając nadejście wiosny, a ja wklejam zimowe fotki :(
Ale po pierwsze, w ostatnim poście obiecałam, że pojawi się cz.II, a po drugie te wydarzenia miały miejsce zaledwie tydzień temu.
Będzie to więc dobra okazja ku temu, by ostatecznie pożegnać się z zimą ;)
Drugą część zimowego wypoczynku spędziliśmy w okolicach Bielska-Białej, gdzie zatrzymaliśmy się u mojego wujostwa.
Była to dobra okazja, abym mogła odświeżyć kontakt z rodziną, z którą nie mam częstej okazji do spotkań, a przecież jest mi bliska, bo to siostra mojej mamy. Alek zaś miał okazję aby ich poznać.
Było bardzo miło i gościnnie, chyba nawet za bardzo ;)
Gdybym dłużej posiedziała pewnie przybyłoby mi kilogramów. A jestem na etapie ich gubienia...
Żeby nie siedzieć komuś od rana do wieczora „na głowie”, codziennie po śniadaniu wyruszaliśmy „w teren”, wracaliśmy pod wieczór.
Zwiedziliśmy Cieszyn, Ustroń, Wisłę. Pojechaliśmy do Pszczyny, która zauroczyła mnie ogromnym przy zamkowym parkiem. To właśnie tutaj karmiliśmy niemal oswojone dzikie kaczki, które jadły prosto z ręki :)
Najmilej wspominam ostatni dzień, kiedy wybraliśmy się na Czantorię...
Był piękny, słoneczny, choć chłodny dzionek. Wjechaliśmy wyciągiem na górę zaopatrzeni w aparaty fotograficzne. Raj dla oczu! Ale ile można pstrykać fotek z jednego poziomu? Alek zaproponował spacerek na szczyt. (Wyciąg zabiera turystów do jakiś 2/3 wysokości góry, dalej już tylko na pieszo). Nawet się nie zastanawiałam, oczywiście, że idziemy :)
Takich zapaleńców jak my była dosłownie garstka. Właściwie niemal sami byliśmy na szlaku. Nie jest to duże podejście, ale zważywszy na grubą warstwę śniegu pod butami, i czasem lekko strome podejście, uczyniło dla mojego serducha morderczą wspinaczkę :)
W połowie drogi już mi brakowało tchu i widziałam chyba gwiazdy, choć był jasny, słoneczny dzień :) Z trudem łapałam oddech. Alek widząc moje zmagania zaproponował zejście. O, nie! Jak już tutaj dobrnęłam, to żebym miała paść, wlezę na ten szczyt! Szłam więc żółwim tempem, łapiąc oddech jak ryba wyciągnięta z wody, i patrząc w górę na gęsto usiane korony drzew głośno myślałam:
„Kochanie, jak tu padnę, to nawet będą mieli problem ratownicy, by do mnie dotrzeć...” Ale ostatnie strome podejście i eureka! Co za widok! Jesteśmy na samym szczycie! :) Teraz skrajne zmęczenie nie miało już większego znaczenia. Byłam szczęśliwa, że nie poddałam się, że pokonałam drogę ze swoim chorym serduchem. Wygrałam walkę... sama ze sobą :))
Tu, przy drewnianych ławach, pod drewnianym daszkiem zjedliśmy obiad na świeżym powietrzu. Słoneczko wręcz piekło nasze tyłem zwrócone plecy, a my z każdym kęsem cieszyliśmy oczy widokiem.
Zejście było już relaksacyjnym spacerkiem. Oczywiście tylko do wyciągu, bo potem czekał nas zjazd w dół, i ogromny kubek pysznej, gorącej czekolady z mlekiem.
Zapraszam do fotorelacji:
Lubię zimę. Taką jak na tych zdjęciach; mroźną, białą, słoneczną.
Każdego roku wyczekuję pierwszego śniegu niczym mała dziewczynka nie mogąca się doczekać lepienia bałwana.
Ale dzisiaj żegnam ją bez żalu, bo zatęskniłam za zielenią traw i drzew, za śpiewem ptaków, za zapachem wody, rechotaniem żab, odgłosem świerszczy. Zatęskniłam tez za letnią burzą, wieczornym spacerkiem w blasku księżyca, ciepłym piaskiem pod stopami. Zatęskniłam...
Żegnaj zimo! Do siego roku!!!
Pozdrawiam Was bardzo wiosennie. Niemal ćwierkam do Was jak ten ptaszek, którego słyszę przez otwarte okno :)
PS 1
Na blogu zamieściłam zdjęcia autorstwa mojego "A".
Są oznaczone - patrz dół fotek.
PS 2
Aleczku dzięki :*



