UWAGA! Będzie długo, i być może nudno, więc ostrzegam! ;)
Witam Was serdecznie po kolejnej dłuższej przerwie.
Bywam u Was niemal każdego dnia. Jestem na bieżąco z Waszymi radościami i smutkami, jednak sama nie mogę zdobyć się na sklecenie kilku sensownych zdań...
To, co się teraz dzieje w moim życiu można śmiało określić mianem REWOLUCJI, i to raczej w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu...
Od kiedy wkroczyłam w „dorosłe życie”, czyli przyjmijmy, od momentu, kiedy urodziłam syna, moje życie nie było usłane różami.
Samotne macierzyństwo, wada wrodzona nóżek Oskarka, przebyta operacja w wieku 5 m-cy, rehabilitacja, która ciągnęła się przez szereg długich lat. Jakby tego było mało dołączyła się astma oskrzelowa, która zaowocowała 13-stoma pobytami w szpitalach. Na okrasę, do kompletu, jeszcze moja wada serca, która skutecznie dawała znać o sobie w najmniej oczekiwanych momentach...
Były dni, kiedy czułam się samotna, tak strasznie samotna, i bezradna, że aż odczuwałam ból. Oczywiście, miałam ogromne wsparcie ze strony moich ukochanych rodziców, ale to nie to samo...
Wiecie co mam na myśli. Chodzi o dzielenie się z bliską sercu osobą wszystkim, co niesie życie: radościami i troskami, sukcesami i porażkami, wzlotami i upadkami. Bycie ze sobą w każdej życiowej sytuacji, w zdrowiu, i w chorobie. Tak bardzo mi tego brakowało; wsparcia, ciepła, i bezinteresownej życzliwości.
Przez lata samotności spotkałam na swojej drodze osoby, jednak, nie byli to ludzie, z którymi chciałabym związać się do końca moich dni. Zapewniam Was, że i Wy nie chciałybyście mieć kogoś takiego u swego boku...
W zeszłym roku, kiedy po kolejnym życiowym zakręcie wpadłam w wielki dół, nazwany przeze mnie „kanionem kolorado”, sięgnęłam psychicznego dna. Podczas wakacji, gdy moi najbliżsi (rodzice i syn), wyjechali na zaplanowane wczasy, a ja zostałam sama, czułam, że pozostał mi już tylko ON – BÓG. Każdego dnia, późnym wieczorem zapalałam świeczkę i odmawiałam cały różaniec. Każdego dnia w tej samej intencji, prosząc, błagając właściwie naszego Ojca o wsparcie.
Modliłam się w pierwszej kolejności o zdrowie. O to, bym miała siły na dalsze zmaganie się z szarą codziennością. Potem ze łzami w oczach nieśmiało prosiłam o pomoc, o wskazówkę, która pomogłaby mi znaleźć dobrego człowieka, takiego „ludzika”, z którym będę chciała spędzić resztę moich dni, takiego, przy którym moja smutna codzienność nabierze weselszego wymiaru, takiego, przy którym poczuję się szczęśliwa i kochana. Gorliwie prosiłam naszego Ojca, by na mojej drodze pojawił się ktoś wrażliwy, troskliwy, uczuciowy, jednym słowem DOBRY CZŁOWIEK.
I wiecie co?
To się stało!!!
Teraz mogę powiedzieć, iż wiem z doświadczenia, że WIARA CZYNI CUDA!
Przez pierwsze miesiące pisaliśmy do siebie na GG, potem rozmawialiśmy ze słuchawkami na uszach. W końcu odważyłam się podzielić swoim numerem telefonu, ale w dalszym ciągu nie mogłam zdobyć się na odwagę, by spotkać się w realnym świecie i zderzyć się z rzeczywistością. Dlaczego? Pewnie dlatego, iż bałam się, że znowu mogę trafić na kogoś nieodpowiedniego. Byłam delikatnie zachęcana na spotkanie w miejscu publicznym, w kawiarni, na kawie i ciastku, na luźną niezobowiązującą rozmowę. Zawsze znalazłam wykręt; a to drobny remont w kuchni, a to malowanie łazienki, a to ból głowy, i szereg innych mniej lub bardziej ważnych spraw. W końcu, po 4 miesiącach, ku Jego zdziwieniu (mojemu chyba także!) zgodziłam się :)
Przyjechał o umówionej godzinie, i prowadzony nawigacją zaparkował bezbłędnie pod blokiem, w którym mieszkam.
Myślałam, że nie wyjdę. Bałam się chyba jeszcze bardziej, niż wówczas, gdy miałam 19 lat, i szłam na pierwsze spotkanie z przyszłym ojcem mojego syna. Ale już po pierwszych minutach okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują :))
Na pierwszy raz zaliczyliśmy dwugodzinny spacer spokojną okolicą, wśród ogródków działkowych. Czułam się przy nim pewnie, bezpiecznie, a co najważniejsze był wesoły i cały czas uśmiechnięty. Zero stresu, wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że znamy się od wielu lat.
Odprowadził mnie pod dom. Spytany, czy wejdzie na gorącą herbatę, odparł: „Dziękuję, ale może innym razem. W domu jest Twój 15-letni syn. Co sobie chłopak pomyśli o nas... Spotykamy się po raz pierwszy w realu i już tego samego dnia pojawiam się w Jego domu.” I tym stwierdzeniem ujął mnie doszczętnie!!! Już wiedziałam, że tan facet ma klasę! I za to bardzo Go cenię.
Od tego spotkania wszystko przybrało błyskawiczny obrót.
Ponieważ mieszkamy od siebie w odległości 45km, nasze spotkania są częste. Przyjeżdża do mnie w każdy wolny dzień od pracy, a nawet na kilka godzin popołudniami, po skończonej „dniówce”. Bardzo szybko poznaliśmy nasze rodziny. Zważywszy na losy naszych rodziców, nasze tempo nie jest aż tak wymowne... Jego rodzice pobrali się po miesiącu, od momentu poznania. Moi natomiast po 9 miesiącach, ale przez ten czas z uwagi na ogromną, dzielącą ich odległość, widzieli się zaledwie 3 razy! A co najważniejsze, obydwie pary żyją do dziś w wielkiej zgodzie, miłości, i poszanowaniu. Czyli... może to rodzinne? ;))
W Jego miejscu pracy wszyscy współpracownicy już mnie znają, choć jeszcze nie osobiście. Kiedyś spytali: „Słuchaj, to jak ma na imię Twoja Kobieta?” W odpowiedzi usłyszeli: „Hmmmmm. Mówimy do siebie zdrobniale ALUŚ...” Pojawiło się główkowanie...
Jak to, Ty do niej, a ona do Ciebie? To znaczy, że ona ma na imię Alicja?
Czyli już wszystko jasne. On Alek, a ona Alicja :)
Pokochałam Go, bardzo! Alek jest dokładnie taki, jakiego sobie wymarzyłam, jakiego wymodliłam i wyprosiłam przez ostatnie lata.
To kawaler, starszy ode mnie o całe 7 lat, a ja zawsze uwielbiałam starszych mężczyzn ;) Jest oczytany, inteligentny, kulturalny, zaradny, a co najważniejsze czuły, wrażliwy i opiekuńczy. Ma dobry kontakt z moim synem, bardzo lubi nasze zwierzęta. Jego troskliwy charakter przejawia się w życiu codziennym... „Wzięłaś leki po śniadaniu? Załóż kapcie, bo się przeziębisz. Zapnij płaszcz pod szyję, bo strasznie zimno. Daj mi Kotuś te siatki z zakupami. Chodź, zrobię Ci masaż...” Te, i podobne oznaki opiekuńczości „otulają” moje spragnione czułości „ego” każdego dnia.
Coraz trudniej znoszę 3-4 dniowe rozłąki. Niestety na razie jest jak jest. Ja mam tutaj swoje mieszkanko, rodziców, i swoje codzienne życie, a Alek też ma swoje „m”, rodziców, pracę, tyle że oddalone o 45km. Jeździmy więc do siebie na zmianę, on dla odmiany do małej mieścinki, ja dla odmiany do wojewódzkiego miasta. Moje życie nabiera tempa, które w ostatnich latach sięgało niemal zera :(
Do tej pory jedyną formą rozrywki były chopperowe wyjazdy za miasto, zwłaszcza do ukochanych lasów. W dalsze podróże nie wybierałam się, bo nie miałam z kim, i nie było czym. Teraz, dzięki Alkowi powoli nadrabiam stracone chwile.
W grudniu pojechaliśmy do Czech:
Tydzień temu byliśmy w Kudowie Zdroju. Byłam tak blisko Kłodzka, Nowej Rudy... Nie mogę sobie darować, że nie udało mi się spotkać z jedną z Was :(( Ty już wiesz Kochana, że to o Ciebie chodzi ;)
Ale coś wczoraj Alek mi oznajmił, że w tą niedzielę znowu nawiedzimy tamte strony, więc może tym razem...? :)
Moje życie zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Chociaż wolę wierzyć, że to nasz Ojciec przyczynił się do tych licznych, pozytywnych zmian, za sprawą moich gorliwych modlitw, i głębokiej wiary. Nie wspomniałam o najważniejszym! Od kiedy poznałam Alka, od kiedy „stał się cud”, czuję się dużo zdrowsza! Tzn, nadal biorę leki nasercowe, ale od dłuższego czasu nie mam „sensacji sercowych”, nie ląduję na pogotowiu, i nie spędzam dni przykuta do łóżka. A to już coś! :)
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mogę z całą stanowczością stwierdzić, że jestem szczęśliwa. Kocham, i czuję się kochana.
Moje Drogie, to nie koniec rewolucji, jakie zafundowało mi życie. Jest jeszcze coś, co sprawia, że sama nie wiem, czy mogę w to wierzyć, czy raczej powinnam otworzyć szeroko oczy, by obudzić się jak z pięknego snu...
Ale o tym następnym razem.
A teraz na koniec, aby nie było, że tylko ostatnio dobrze mi się wiedzie, kropla smutku i słonych łez...
Mój ukochany Ramzesek, psina z ADHD, znowu zrobił sobie krzywdę :(
Nie uwierzycie. Po raz drugi doznał uszkodzenia oka! Po raz drugi rozerwał sobie rogówkę tego samego oka, o ten sam żywopłot pod blokiem! Tylko tym razem uszkodzenie jest o wiele groźniejsze w skutkach :( Biedaczek, z bólu piszczał, a jego małe ciałko wykręcało się w bok, w grymasie przeszywającego bólu :((
Trwa leczenie. Antybiotyki, krople odkażające, i maść na odbudowanie rogówki. Uszkodzenie jest na tyle poważne, że w miejscu rozerwania wyciekła z oka maź, powstałe wewnętrzne ciśnienie lekko „wypchnęło” gałkę na zewnątrz. Serce mi krwawi, gdy patrzę na bidulka :((
Nasz weterynarz jest jednak dobrej myśli. Po zbadaniu stwierdził, że oczko „żyje”, i powinno nie wyschnąć, i nie wypaść, a nawet może zachować zdolność widzenia. Moja kochana psinka chodzi teraz 24 godz w kołnierzu ochronnym. Nie może swobodnie spać w swoim koszyczku, więc w tych dniach śpi ze mną. Gajusia nie odstępuje towarzysza życia ani na krok! Asystuje przy wszelkich zabiegach, i tuli się, jakby zdawała sobie sprawę, że w takich chwilach należy pocieszać.
Po raz setny, powtórzę do znudzenia, że my – ludzie powinniśmy uczyć się pewnych zachowań od naszych młodszych braci – zwierząt.
Na dziś kończę. Pora kolejnego kropienia oczu.
Proszę, trzymajcie kciuki za Ramzeska, będę wdzięczna :*
I tak już zupełnie na zakończenie, powiem Wam, że należy wierzyć...
A dlaczego to wszystko tak szczerze Wam opisuję?
Robię to po to, aby te z Was, którym coś w życiu nie wychodzi, te które czują się niespełnione, i być może niekochane, uwierzyły, że nie ma rzeczy niemożliwych. Należy wytrwale wierzyć we własne marzenia, śnić o nich, gorliwie się modlić, i czasem szczęściu nieco dopomóc...
Przecież mój "A" sam nie spadł mi z nieba, jakoś musiałam go poznać :)
Ale o tym także przy innej okazji.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, i bardzo życzliwie (jak zawsze) :)