Przedmioty te gromadziłam od czerwca. Każda z wypraw na pchli targ owocowała zakupem jakiegoś drobiazgu. Niestety, niemal wszystkie wykonane są z mosiądzu, a co za tym idzie świecą złotawą barwą, której szczerze nie znoszę. Czekały więc cierpliwie na nową szatę, na malowanie. Wszystkie zostały potraktowane farbą podkładową w kolorze grafitu. Na wierz metodą suchego pędza naniosłam śnieżną biel.
Zdjęcia były robione w ostrym świetle, podczas bardzo słonecznego popołudnia, stąd niektóre przedmioty wydają się być jednolicie białe.
Kielich naprawdę sporych rozmiarów, który doskonale sprawdza się jako nietypowy wazonik na małą wiązankę kwiatków. Ciekawie prezentuje się w nim duża, gruba świeca, lub garść ozdób, np. szyszek.
Drobny, wąski krzyżyk. Piękny w swej prostocie.
Pamiętacie mój bujak? Teraz skompletowałam mu stolik na pięknych, giętych nóżkach :) Oczywiście w wersji pierwotnej była to podstawka pod gorące naczynia. U mnie też będzie pełniła rolę podstawki, ale raczej pod doniczkę z kwiatkiem, lub małą, szklaną salaterkę na słodkości.
Dwa koszyczki. Większy może służyć jako element składowy różnych dekoracji. Mniejszy... jest na tyle miniaturowy, że piękny sam w sobie.

Paterka na nodze, z blaszki mosiądzowanej. Była wyjątkowo nieciekawa. Jej pierwotny kolor wpadał w odcień czerwieni. Okazało się, że idealnie pasuje obwodem (co do milimetra) pod rusztowanie abażurka lampki.
Nie posiadam ptaszków, więc zamknęłam w a'la klatce inne przedmioty.
Stary krzyż, który rodzice znaleźli porządkując strych.
Mini paterka. W cudowny, kwiatowy wzór. Przesiąkła zapachem stożkowych kadzideł, które ostatnio w niej trzymałam. Tak na marginesie, kadzidełka są o wymownym zapachu „Świąt”. Bardzo tęsknię za tym magicznym okresem, i codziennie wieczorem zapalam jedno, by przybliżyć sobie ten magiczny nastrój :)
Dwa cynowe przedmioty. Mała lampeczka na świeczkę tea-light, którą bardzo lubię, oraz cynowy kielich, niemal „mszalny”. Na razie stoi w nim świeca. Oczywiście tych przedmiotów absolutnie nie musiałam maziać farbą, gdyż uwielbiam cynę.
Zrobiłam ostatnio lampion ze szklanego słoiczka (zamykanego na korek), i oczywiście moich wszechobecnych drutów. Wisi pod półką, obok kanapy.

Mała podwójna rameczka w kształcie serc, ozdobiona różyczkami w asyście pięknych liści. Jeszcze samotna, ale wkrótce zamieszkają w niej dwie fotografie. Oskar proponuje, by była to Gajusia i Ramzesek.
Na koniec „leśne królestwo”. Może nie tak całkiem do końca leśne, bo oprócz trzech rodzai mchu, szyszek, żołędzi, kilku patyczków, oraz huby, są jeszcze orzechy włoskie i wiklinowe kule. Wszystko ułożone na dużej tacy. Codziennie wieczorem zapalam świeczki, i cieszę oczy widokiem, a dodatkowo zapach kadzidła nęci swym aromatem moje nozdrza.

Tak prezentowały się przedmioty w szacie z mosiądzu, czyli PRZED:
i codziennie huczy mi w głowie slogan euforii:
ŻYCIE JEST PIĘKNE!!!
Tylko... jak to jest?
Wieczorem zachwycam się życiem, a rankiem następnego dnia ląduję na pogotowiu. Tak było właśnie dzisiaj. Serducho od samego rana waliło niczym młot udarowy, przy czym uderzenia nie były miarowe. Procedura jak zwykle: tabletka pod język, dożylnie kroplówka, kilka godzin spędzonych na łóżku w sali tzw „pomocy doraźnej” i powrót do domu, kiedy to po kilku kolejnych EKG, okazywało się, że serce podjęło normalna pracę.
Takich jak ja, którzy mają zdiagnozowaną chorobę nie trzyma się na oddziale. Po co, skoro mamy leki, które mają za zadanie normować pracę serca. Moja lista codziennych, nasercowych leków wzrosła do czterech sztuk (cztery odrębne tabletki, każda o innym działaniu).
Retoryczne pytanie...
Do ilu musi wzrosnąć, by problem okazał się poważnym?
W moim przypadku każda sytuacja odbiegająca od „normy” powoduje zaburzenia pracy serca. Każda radość, najmniejsze szczęście, smutek, łzy, żal, i nostalgia wywołują ten stan. Nie chcę żyć „jałowo”! Chcę cieszyć się, kiedy jest powód do radości, i chcę popadać w nostalgiczny nastrój, kiedy sprzyja temu sytuacja. Zawsze stroniłam od ludzi, od których wiało chłodem, którzy właśnie byli „jałowi”. Widzę, że życie zmusza mnie, bym sama się stała takim „cyborgiem”. Ale NIEDOCZEKANIE!
Nadal będę tańczyć radośnie w rytm dźwięków indiańskiej muzyki, a wieczorami będę roniła niejedną łezkę wspominając minione czasy, i ludzi, których oglądam już tylko na zdjęciach.
I mam tylko nadzieję, że kiedyś służba zdrowia przyjdzie mi z pomocą, i jakimś cudem będę mogła bez żadnych obaw, i lęków cieszyć się życiem w znany mi, ludzki sposób.
Życzę Wam zdrowia Dziewczyny.
Zdrowia, zdrowia, zdrowia, i jeszcze raz zdrowia!!!
Ściskam Was serdecznie :*
PS
W kolejnym poście pokażę wykończoną prawą stronę kuchni.
Niestety zabrakło mi białej farby i dokańczam ją dopiero teraz.

