Miałam już dosyć miasta!
Tego zgiełku, gwaru, wścibskich sąsiadów. Dusiło mnie powietrze przepełnione spalinami. Doskwierał mi niczym cierń, totalny brak bliskiego kontaktu z przyrodą.
Podjęłam decyzję, zostawiam wszystko, cały swój świat na dwa tygodnie i wyjeżdżam na wieś, aby daleko, jak najdalej od tego miasta.
Wsiadłam w pierwszy, lepszy autobus i wykupiłam bilet na najdłuższą trasę. Siedziałam przy konie rozkoszując się zmieniającymi krajobrazami. Nie wiedziałam dokąd tak naprawdę jadę. Po kilkugodzinnej, męczącej jeździe moim oczom ukazała się kraina szczęścia...
Chwyciłam za walizkę i pospiesznie wysiadłam z autokaru. Tu zieleń była tak bujna i soczysta, jakiej jeszcze nigdy przedtem nie widziałam! W oddali piękny, ogromny las. Szłam wzdłuż drogi, przed siebie. Nagle pojawiła się ścieżka, która bardziej przypominała na ujeżdżaną przez bryczkę, niż przez samochody. Poszłam za głosem serca.
W pierwszym napotkanym domu spytałam, czy znajdę w tej miejscowości (nie znałam nawet nazwy!) jakieś agroturystyczne gospodarstwo, które użyczyło by mi pokoiku na okres dwóch tygodni. Gospodarze powiedzieli, że na końcu dróżki, pod samym lasem jest duże gospodarstwo i oni z pewnością znajdą miejsce dla gościa. Szłam dosyć długo, upał był męczący. W końcu moim oczom ukazało się coś na wzór współczesnego folwarku. Stanęłam, trochę mnie to przeraziło... Szukałam zacisznego, maleńkiego miejsca, a tu...

Ogromny, stary, parterowy dom, z wielkim dwuspadowym dachem. Na poddaszu znajdowało się mnóstwo pomieszczeń, których niewielkie okienka ubrane były w prześliczne koronkowe firaneczki. Nieopodal domu ogromna stajnia, a z niej dochodzące mnie znajome odgłosy... :) Uśmiecham się w duszy, przecież kocham konie! Wokół gospodarstwa ogromne połacie łąk, i wiele pięknie ogrodzonych, drewnianych padoków, na których pasą się konie. Szczęśliwe psy, które luzem biegają i koty, które leniwie wylegują się na słońcu...
Uśmiecham się coraz bardziej, bo wiem, że trafiłam do raju :)
Widzę dużo ludzi, którzy krzątają się tam i z powrotem. Pracują, ale spokojnie, z uśmiechem na twarzy, rozmawiają i żartują. Nie wiem do kogo podejść, kogo spytać o nocleg?
Starsi, bardzo mili ludzie podeszli i spytali w czym mogą pomóc?
Gdy usłyszeli, ze jestem turystką szukającą pokoju, nie byli zachwyceni... Nie prowadzą działalności agroturystycznej. Od pokoleń żyją na tym odludziu, a ich pasją i źródłem dochodowym są ukochane konie. Pokoiki na poddaszu zajmują zatrudnieni pracownicy, mężczyźni, pracujący przy koniach.
Posmutniałam. Starszemu małżeństwu chyba zrobiło się żal mieszczanki rozpaczliwie szukającej zacisznego zakątka, bo ku mojej wielkiej radości powiedzieli, ze znajdzie się jakiś pokoik :)
Dostałam niewielki, zaciszny kątek na poddaszu, w przeciwległym końcu do pokoi zajmowanych przez pracowników. Z okienka roztaczał się widok na cały „folwark”, pola i las. Pod skośną ścianą metalowe łóżko. W rogu wielka szafa. Pod oknem maleńki, okrągły stoliczek z wygodnym fotelem. Wszystko skromne i czyste, pachnące, w bieli.
Przesiadywałam całymi godzinami w kąciku przy oknie wpatrując się w codzienne życie mieszkańców małego raju. Wychodziłam często na spacer, przed siebie. Siadałam pod drzewem dającym spory cień z książką w ręce, ale zamiast zagłębiać się w lekturze wolałam z oddali przyglądać się pracy w „folwarku”. Gdy mężczyźni pracowali w polu, lub wyjeżdżali rozjeżdżać konie, wówczas zakradałam się do stajni by raczyć źrebaki dobrodziejstwem natury. Stroniłam od zgiełku „armii” facetów. Kobiet tu było jak na lekarstwo. Trochę dziwnie się czułam w otoczeniu niemal samych mężczyzn. W dodatku, jeden z nich, „zarządca” bardzo mnie onieśmielał. Był skryty, małomówny, jakiś smutny i taki... nieprzystępny. To właśnie on wieczorami pukał do mojego pokoiku i w imieniu starszych państwa zapraszał na wieczorną herbatkę i pytał czy mi czegoś nie brakuje. Uwielbiałam schodzić na dół, do starego, wiejskiego saloniku i całymi godzinami wsłuchiwać się w opowieści przesympatycznych staruszków o tym, jak to było dawniej...

Opowiadałam też dużo o sobie, o moim cudownym synu Oskarze, o moich marzeniach i pasjach. Polubiłam ich bardzo. W myślach już snułam plany, by przyjechać tu w przyszłym roku, zabierając Oskara, by przy okazji wypoczynku mógł nauczyć się pracy przy koniach.
Ale na razie dopadały mnie smutki, z każdym dniem coraz większe, bo mój pobyt dobiegał końca. Ostatniego dnia snułam się bez życia, a świadomość opuszczenia tego raju na ziemi rozrywała mi serce. Postanowiłam wyjechać wieczorem, by przespać całą drogę i nie płakać za utraconym rajem.
Wielkimi krokami nadchodził zmierzch. Rozległo się pukanie do drzwi, jak co wieczór. Stałam przy oknie i chłonęłam wzrokiem ostatnie chwile. Mężczyzna podszedł do mnie, tym razem nic nie mówił... Objął mnie mocno, od tyłu swoimi męskimi, spracowanymi ramionami. Przytulił głowę do mojej i cicho wyszeptał: „Nie wyjeżdżaj, proszę. Zostań ze mną. Moi rodzice dużo mi o Tobie opowiadali. Tak, jestem ich synem... Wiem, że marzysz o takim życiu. Proszę, zostań...”
Przy czym te słowa, ten głos, jego ciepły oddech na mojej szyi, wszystko to razem sprawiało, że jeszcze nigdy w życiu nie czułam takiej duchowej bliskości drugiego człowieka. Serce waliło niczym młot. Bałam się odwrócić. Bałam się, że jak zrobię najmniejszy ruch, to okaże się, że to tylko sen!!! Nie wiedziałam co zrobić, co odpowiedzieć, jak się zachować. Przecież ja mam swoje życie, w małym miasteczku, w małym mieszkanku, u boku jedynego, kochanego syna! Boże, pomóż mi, co mam zrobić!!! - Rozpaczliwie wołały moje myśli!
I wtedy zadzwonił budzik. Otwieram oczy... Jestem w domu, u siebie. Jest 7 rano. Przerażona siadam na kanapie i z wielką rozpaczą uświadamiam sobie, że TO BYŁ TYLKO SEN!!!...
Nie! Kładę się szybko z powrotem do łóżka, nakrywam kołdrą głowę, chcę jak najszybciej zasnąć, zmuszam się do tego! Chcę zobaczyć jak potoczy się moja dalsza historia, chcę zobaczyć koniec moich sennych marzeń!
Niestety, nie usnęłam, nie poznałam finału...
***
Chodzę dzisiaj po mieszkaniu jakaś „nieswoja”. Plączę się z kąta w kąt i ciągle mam przed oczyma twarz tego mężczyzny, a w uszach dźwięczy mi jego spokojny, kojący głos: „Nie wyjeżdżaj, proszę. Zostań ze mną ...”
Nie często miewam sny. Jeśli już, to niemal zaraz po przebudzeniu nie pamiętam co mi się śniło. Zwykle są... szare, i raczej takie „codzienne”.
Tym razem było to coś zupełnie innego. Nie mogę dojść do siebie. To jakby rodzaj snu na jawie. Czuję, jakbym naprawdę znała tego człowieka, jego rodziców i tamto cudowne miejsce. Nawet teraz, gdy piszę te słowa serce mi wali jak oszalałe!
Czy to proroczy sen?
A może moje wielkie marzenia, które we śnie znalazły ujście?
Tego nie wiem.
Ale wiem jedno...
Zapałałam jeszcze większą miłością do spokojnego domku na odległej wsi.
***
Wiecie co mi chodzi od rana po głowie?
By tak zrobić...
Wyjechać latem przed siebie, w poszukiwaniu szczęścia.
Przecież domek sam mnie nie znajdzie, ale ja mogę znaleźć domek :)
***
Coś się dzisiaj ze mną dzieje...
Nie znam tego uczucia, i nie bardzo potrafię je opisać...
***
Miłego dnia moi drodzy!
PS
Wszystkie zdjęcia pochodzą z moich przepastnych zbiorów płytowych o tematyce krajobrazów, zwierząt i wnętrz, które latami zbierałam z różnych źródeł, m.in. internetowych.
**************************************************