26.10.2010

Ostatnio "zmalowane". Znowu to serducho :(

Przedmioty te gromadziłam od czerwca. Każda z wypraw na pchli targ owocowała zakupem jakiegoś drobiazgu. Niestety, niemal wszystkie wykonane są z mosiądzu, a co za tym idzie świecą złotawą barwą, której szczerze nie znoszę. Czekały więc cierpliwie na nową szatę, na malowanie. Wszystkie zostały potraktowane farbą podkładową w kolorze grafitu. Na wierz metodą suchego pędza naniosłam śnieżną biel.
Zdjęcia były robione w ostrym świetle, podczas bardzo słonecznego popołudnia, stąd niektóre przedmioty wydają się być jednolicie białe.

Kielich naprawdę sporych rozmiarów, który doskonale sprawdza się jako nietypowy wazonik na małą wiązankę kwiatków. Ciekawie prezentuje się w nim duża, gruba świeca, lub garść ozdób, np. szyszek.
Drobny, wąski krzyżyk. Piękny w swej prostocie.






















Pamiętacie mój bujak? Teraz skompletowałam mu stolik na pięknych, giętych nóżkach :) Oczywiście w wersji pierwotnej była to podstawka pod gorące naczynia. U mnie też będzie pełniła rolę podstawki, ale raczej pod doniczkę z kwiatkiem, lub małą, szklaną salaterkę na słodkości.
Dwa koszyczki. Większy może służyć jako element składowy różnych dekoracji. Mniejszy... jest na tyle miniaturowy, że piękny sam w sobie.






















Paterka na nodze, z blaszki mosiądzowanej. Była wyjątkowo nieciekawa. Jej pierwotny kolor wpadał w odcień czerwieni. Okazało się, że idealnie pasuje obwodem (co do milimetra) pod rusztowanie abażurka lampki.
Nie posiadam ptaszków, więc zamknęłam w a'la klatce inne przedmioty.
Stary krzyż, który rodzice znaleźli porządkując strych.
Pewnie nigdy nie dowiem się czyją był własnością :(






















Mini paterka. W cudowny, kwiatowy wzór. Przesiąkła zapachem stożkowych kadzideł, które ostatnio w niej trzymałam. Tak na marginesie, kadzidełka są o wymownym zapachu „Świąt”. Bardzo tęsknię za tym magicznym okresem, i codziennie wieczorem zapalam jedno, by przybliżyć sobie ten magiczny nastrój :)
Kielich w roli wazonika.






















Dwa cynowe przedmioty. Mała lampeczka na świeczkę tea-light, którą bardzo lubię, oraz cynowy kielich, niemal „mszalny”. Na razie stoi w nim świeca. Oczywiście tych przedmiotów absolutnie nie musiałam maziać farbą, gdyż uwielbiam cynę.
Zrobiłam ostatnio lampion ze szklanego słoiczka (zamykanego na korek), i oczywiście moich wszechobecnych drutów. Wisi pod półką, obok kanapy.






















Mała podwójna rameczka w kształcie serc, ozdobiona różyczkami w asyście pięknych liści. Jeszcze samotna, ale wkrótce zamieszkają w niej dwie fotografie. Oskar proponuje, by była to Gajusia i Ramzesek.
Myślę, że to dobry pomysł. Nasze obecne pieski jeszcze nie mają swojej galerii :)


Na koniec „leśne królestwo”. Może nie tak całkiem do końca leśne, bo oprócz trzech rodzai mchu, szyszek, żołędzi, kilku patyczków, oraz huby, są jeszcze orzechy włoskie i wiklinowe kule. Wszystko ułożone na dużej tacy. Codziennie wieczorem zapalam świeczki, i cieszę oczy widokiem, a dodatkowo zapach kadzidła nęci swym aromatem moje nozdrza.












































Tak prezentowały się przedmioty w szacie z mosiądzu, czyli PRZED:


Codziennie doświadczam przejawów szczęścia w drobnostkach,
i codziennie huczy mi w głowie slogan euforii:
ŻYCIE JEST PIĘKNE!!!

Tylko... jak to jest?
Wieczorem zachwycam się życiem, a rankiem następnego dnia ląduję na pogotowiu. Tak było właśnie dzisiaj. Serducho od samego rana waliło niczym młot udarowy, przy czym uderzenia nie były miarowe. Procedura jak zwykle: tabletka pod język, dożylnie kroplówka, kilka godzin spędzonych na łóżku w sali tzw „pomocy doraźnej” i powrót do domu, kiedy to po kilku kolejnych EKG, okazywało się, że serce podjęło normalna pracę.
Takich jak ja, którzy mają zdiagnozowaną chorobę nie trzyma się na oddziale. Po co, skoro mamy leki, które mają za zadanie normować pracę serca. Moja lista codziennych, nasercowych leków wzrosła do czterech sztuk (cztery odrębne tabletki, każda o innym działaniu).
Retoryczne pytanie...
Do ilu musi wzrosnąć, by problem okazał się poważnym?
W moim przypadku każda sytuacja odbiegająca od „normy” powoduje zaburzenia pracy serca. Każda radość, najmniejsze szczęście, smutek, łzy, żal, i nostalgia wywołują ten stan. Nie chcę żyć „jałowo”! Chcę cieszyć się, kiedy jest powód do radości, i chcę popadać w nostalgiczny nastrój, kiedy sprzyja temu sytuacja. Zawsze stroniłam od ludzi, od których wiało chłodem, którzy właśnie byli „jałowi”. Widzę, że życie zmusza mnie, bym sama się stała takim „cyborgiem”. Ale NIEDOCZEKANIE!
Nadal będę tańczyć radośnie w rytm dźwięków indiańskiej muzyki, a wieczorami będę roniła niejedną łezkę wspominając minione czasy, i ludzi, których oglądam już tylko na zdjęciach.
I mam tylko nadzieję, że kiedyś służba zdrowia przyjdzie mi z pomocą, i jakimś cudem będę mogła bez żadnych obaw, i lęków cieszyć się życiem w znany mi, ludzki sposób.

Życzę Wam zdrowia Dziewczyny.
Zdrowia, zdrowia, zdrowia, i jeszcze raz zdrowia!!!
Ściskam Was serdecznie :*

PS
W kolejnym poście pokażę wykończoną prawą stronę kuchni.
Niestety zabrakło mi białej farby i dokańczam ją dopiero teraz.

22.10.2010

Mam cię! Przemiły gość :) Mała zmiana w przedpokoju.

Kilka lat temu „zakochałam się” w kanapach EKTORP.
Chyba wszyscy je znają, to niemal sztandarowy model IKEI.
Wpatrywałam się w ich zdjęcia tyle razy, że strony katalogów samoistnie otwierały się na „molestowanych” kartkach. Niestety, zawsze było COŚ ważniejszego do zrealizowania, niż kaprys na nowe kanapy.
Teraz nadarzyła się wspaniała okazja, by spełnić jedno ze swoich małych marzeń. Dlaczego teraz? Ano dlatego, że taki nabytek byłby swoistym rodzajem pocieszenia po wydarzeniach z ostatnich miesięcy. I wiecie co, spisał się w tej roli doskonale :)
Urządziłam sobie w ubiegłą sobotę wycieczkę do wrocławskiej Ikei. Ten dzień zapamiętam na długo, gdyż towarzyszyła mi ulubiona Ciocia, z którą zawsze świetnie się bawię. Tak było też i tym razem. Ponieważ nie zabiorę Cioci chopperem, pojechałyśmy pociągiem. A wiecie jak bardzo lubię podróżować właśnie tym środkiem lokomocji, o czym pisałam nawet w swojej „10 ulubionych”. Wyruszyłyśmy o 9 rano, a do domu dotarłyśmy ok 22. Wróciłam zmęczona i z bolącą szczęką od licznych napadów śmiechu, bo w towarzystwie mojej Cioci nie da się tak po prostu nie śmiać :)
Początkowo miałam zamiar kupić kanapę, podnóżek, i szezlong, o którym od dawna marzyłam. Ale ponieważ zawsze staram się myśleć praktycznie, wyszłam z założenia, że szezlong będzie w tym przypadku mało praktyczną częścią wypoczynku. Przy większej liczbie gości, chyba nikt nie skorzystałby z formy leżenia ;))
W ostatecznym rozrachunku kupiłam kanapę, fotel i dwa podnóżki. Wybrałam kolor bardzo uniwersalny – biel. Lubię zmiany, i w większości komplet będzie zaścielany narzutami, a nie ma chyba lepszego podłoża pod inny kolor, jak właśnie biel.
Oczywiście mam swój upragniony szezlong. Wygodny, duży fotel z podnóżkiem doskonale pełni tę rolę. Drugi podnóżek stoi przy kanapie i pełni rolę ławy. Zamówiłam w necie ogromną, drewnianą tacę, którą pobieliłam i postawiłam właśnie na nim. To idealne miejsce do postawienia kubeczków z herbatą i salaterki z ciasteczkami do wieczornego leniuchowania przed tv. Obok szezlonga stanął niewielki, metalowy stoliczek z Ikei, a na nim lampka. Mam teraz idealne, przytulne miejsce na wieczorną lekturę. Problem jednak w tym, że ilekroć zatopię się w miękkich poduchach zaraz zasypiam :))
Tak prezentuje się całość:



W przypadku większej liczby gości, mój obecnie ustawiony komplet, w mig zmienia się w bardziej funkcjonalny. Wystarczy jedynie „zwolnić” podnóżki z dotychczasowych funkcji, i ustawić je po obu stronach kanapy. Naprzeciwko fotel, a na środku, pomiędzy zestawem kufer. W praktyce będzie to wyglądało mniej więcej tak:


Cały wypoczynek nakryłam narzutami w kolorze jasnego beżu. Znalazłam na Allegro aukcję ze sprzedażą najgrubszego polaru dostępnego na rynku. Jest bardzo szeroki, ma aż 170cm, i bardzo tani, metr jedynie 12zł! W roli narzuty sprawdza się doskonale. Jest ciężki, "lejący", nie zsuwa się, leży jak „przyklejony”. Za jedyne 100 zł okryłam cały zestaw. Dlatego pomyślałam, że jeśli któraś z Was będzie miała ochotę wykorzystać ten sposób „ubrania” kanap, podam link na stronę użytkownika sprzedającego ten produkt. Gorąco Wam polecam:
Kocham wieczory, co już wiecie. Gdy zamiast górnego oświetlenia, zapalam boczne lampki, i zatapiam się w puchowych poduchach czuję się jak w raju ;) Mam poczucie spełnionego kolejnego, małego marzenia...





Dzisiaj też był wyjątkowy dzień. I to nie za sprawą nowego nabytku, ale żywego człowieka, z krwi i kości :) Odwiedziła mnie bowiem Asia z „Wrzosowej polany”, którą nie tak dawno osobiście poznałam. Gdy tylko rozległ się w mieszkaniu dźwięk domofonu, moje psiaki rwały do drzwi by powitać gościa. Wybiegły aż na schody, bo...kto pierwszy ten lepszy ;))
Asieńka przywitała mnie niezwykłą niespodzianką, przepysznym, swojskim, zrobionym na zakwasie chlebkiem, upieczonym jeszcze tego dnia rano. Chlebuś ciemny, pełnoziarnisty, środek mięciutki, wilgotny, a skórka sucha i bardzo chrupiąca. Oj, mówię Wam „niebo w gębie” :) Wczoraj specjalnie na tę okazję zrobiłam sałatkę, a chlebuś okazał się być idealnym dodatkiem. Był tak doskonały, że dla mnie to sałatka okazała się być dodatkiem do chlebka :) Liczyłam na to, że Asia zostanie u nas przynajmniej na obiedzie, niestety przed 14:00 musiała już wracać do domku. Smutno było pożegnać tak miłą osóbkę, ale pocieszający jest fakt, że już wkrótce znowu się spotkamy :)
I jeszcze jedno...
Po powrocie ze szkoły syn mi oznajmia: „mamo, Pani Asia ma ładną perfumę”. Pytam: „a gdzie Ty ją czujesz?” Słyszę w odpowiedzi: „powąchaj Ramzeska” ;)
Asieńko, dziękuję Ci za miło spędzony czas. Moje pieski już za Tobą tęsknią zwłaszcza Ramzes za ciepłymi kolankami, a Gajusia za głaskaniem po czarnym łebku. Rodzice dostali po dużej kromalce i prosili, abym Ci przekazała, że jest pyszny, a Ty jesteś super babką :) Ściskam Cię serdecznie :*



Pewnie zastanawiacie się gdzie zniknął kufer, który do tej pory pełnił rolę ławy. Otóż kufer ma się dobrze i zmienił jedynie docelowe miejsce. Stoi teraz w przedpokoju, przy kąciku z półkami. Wreszcie znalazło się miejsce na odłożenie torebki, czapki, lub torby z zakupami po powrocie ze sklepu.
Aby ustawić go swobodnie musiałam wymontować dolną półkę. Nie bardzo wiedziałam jak ją wykorzystać, aż zaświtał mi w głowie pomysł.
Na małej ściance ustawiłam stojak na buty, na nim zamocowałam półeczkę. Mam teraz poręczny schowek na aktualnie noszone obuwie i zarazem półeczkę na bibeloty. Jest jeszcze nie dokończony. Muszę dociąć z desek boki, i pomalować je w tym samym kolorze co półka.























Jutro sobota. W moich planach na jutrzejszy dzień jest ujęte wykańczanie prawej części kuchni. W kolejnym poście pokażę ostateczny efekt odmładzania staruszki, oraz to, co w ostatnim czasie „zmalowałam”, a nazbierało się tego troszkę.
Pozdrawiam Was serdecznie Drogie Koleżanki.
Życzę Wam dużo słonka i miłego dzionka :)

20.10.2010

Stara, ale nadal jara. Paczuszka od Iki :)

Mowa oczywiście o mojej kuchni, która rzeczywiście z uwagi na meble jest już staruszką.
Ekipa „rem-bud” opuściła na dobre moje „m”, a ja mogłam zabrać się za sprawy wykończeniowe. Dokleiłam brakujące pasy tapety, uzupełniłam kasetony, pomalowałam nowe, cieniutkie rurki miedziane.


W mojej rodzinie była dość nietypowa sytuacja, bo to nie ja wyprowadziłam się z rodzinnego domu, lecz nastąpiła zamiana mieszkań. Moi rodzice zamieszkali u mnie, a ja pozostałam na „starych śmieciach”, przejmując niejako w spadku wyposażenie kuchni. Ponieważ zostałam wychowana w duchu poszanowania dla wszelkich rzeczy martwych, mebelki, które pamiętają lata 80-te nadal wyglądają jak nowe, a ja nadal muszę się z nimi „męczyć”, bo szkoda pozbyć się czegoś, co tak naprawdę jest w idealnym stanie. Jednak, by poczuć powiew „inności” co jakiś czas zmieniam im szatę. Przy okazji wymiany rur postanowiłam kolejny raz tchnąć w nie nowe życie.
Meble w oryginale są jasne, fornir imituje szaro-biały marmur.
Jakiś czas temu okleiłam je w kolorze wenge metodą „na gorąco”. Teraz chciałam dodać elementy bieli, by je nieco rozjaśnić. Wiszące szafeczki mają miodowe szybki, które teraz zamalowałam na biało. Dla równowagi, w dolnych szafkach otrzymały kolor bieli szuflady i blaty robocze. Wpadł mi do głowy jeszcze pomysł na kuchenkę. Jej górną część również „pojechałam” na biało, by z szufladami stanowiła jeden ciąg kolorystyczny. Od kiedy korzystam z elektrycznego piekarnika kompaktowego, piecyk wbudowany w kuchence poszedł w odstawkę. Wymontowałam więc szybkę, w jej miejsce wstawiłam małą firaneczkę, a sam piecyk służy teraz jako schowek na cały komplet ulubionych „srebrnych” garnków.
















































Została mi jeszcze do wykończenia prawa strona kuchni, nasz „ jadalniany kącik”. Analogicznie, drewniane hokery będą w kolorze wenge, a blat otrzyma śnieżną biel. Ale zanim przystąpię do dalszej pracy, muszę troszkę odsapnąć, bo nie ukrywam, że nieco opadłam z sił. Jak widać, w całym niemal „m” straszą jeszcze tapety, których mam serdecznie dość. Ale zupełnie nie mam pojęcia, kiedy będę mogła się ich pozbyć. Praca przy ścianach w pojedynkę to trochę zbyt duży wysiłek jak na moje słabe serducho :(
Przyznam szczerze, że nie lubię swojej kuchni, jest maleńka i ciasna.
W upalne dni staje się piekarnikiem, w którym oprócz gotujących się potraw, ja również się gotuję. Nie chcę czynić gruntownych zmian, gdyż cały czas noszę się z zamiarem połączenia kuchni z pokojem Oskara, by w efekcie otrzymać salon otwarty na kuchnię. W głowie kiełkują mi pomysły na wymarzone miejsce do pichcenia, ale będę mogła je zrealizować dopiero wówczas, gdy syn wyjedzie na studia, co będzie miało miejsce za kilka lat. A na razie jest, jak jest.

Miałam to szczęście, że do „nowej” kuchni otrzymałam nowy prezent :)
Niedawno wygrałam candy u Ikusi. W tempie błyskawicznym dotarła do mnie paczuszka z pięknym, metalowym pojemniczkiem w kolorach pasujących jak ulał do nowej szaty mebelków. Ale w środku, oprócz wygranej znalazły się jeszcze inne cudowności... Ikunia postanowiła dodatkowo obdarować mnie śliczną buteleczką wypełnioną pod sam korek dobrodziejstwem natury. Lecz to nie wszystko. Gdy wyjęłam pojemniczek z paczki moim oczom ukazał się widok, który spowodował, że w oczach zakręciły mi się łzy. Po ostatnich miesiącach pełnych słonych łez, Ika wysłała mi mnóstwo słodkości! Ogromna garść cukierasów czekoladowych, baton, czekoladowa babeczka, jak również po dwie herbatki i kawusie, które mam zamiar wypić wraz z synem w pewien chłodny wieczór. Oskar wprawdzie jeszcze kawy nie pija, ale co tam, niech chłopak chociaż raz poczuje się jak dorosły i to za sprawą mojej blogowej Koleżanki :) Ikuniu, jesteś Kochana! Nawet nie wiesz, ile radości wniósł Twój prezent w moje życie. Ściskam Cię mocno :***


Zdjęcia są okropne! Za oknami, zimno i deszczowo. W domu ciemno i ponuro. W dodatku wszystkie okna usytuowane są na południe, pod ostre światło. W takich warunkach trudno uchwycić rzeczywistość. Fotki są dużo ciemniejsze, niż w realu, a kuchnia na tyle mała, że nie ma możliwości uchwycenia jej z innej perspektywy.
Tak wyglądała kuchnia przed, i te wstrętne miodowe szybki...:



A jak wygląda kuchnia moich marzeń, którą noszę w głowie już od kilku lat? Hmmm... Przede wszystkim ŻADNYCH typowych szafeczek! Dołem murowane ścianki, pomiędzy którymi umieszczone będą bielone drzwiczki na ciężkich, żeliwnych zawiasach. Jeden, długi blat roboczy (od ściany, do ściany), w który wpuszczony będzie niewielki, okrągły zlew i kuchenka, koniecznie „60”-tka. Nad blatem roboczym nie szafeczki, ale dwa rzędy masywnych, otwartych, bielonych półek, które będą podtrzymywały duże, żeliwne wsporniki. Do tego......... Daj już spokój Alicja, na to musisz jeszcze troszkę poczekać!
OK! Ale się rozmarzyłam, co? ;))
W następnym poście kolejne mniejsze i większe zmiany.
Tym razem będą dotyczyły salonu i przedpokoju.

A teraz zamierzam zrobić sobie gorącą herbatkę i poodwiedzać Wasze blogi. Przez ostatnie dni stęskniłam się za Wami strasznie Drogie Koleżanki :)
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę pogody ducha, bo na pogodę za oknem, niestety nie ma co liczyć :(

14.10.2010

Baśń tysiąca i jednej nocy.

„O Janku i Franku”
Dawno, dawno temu, za górami za lasami...
No dobrze, może nie tak dawno, tylko od poniedziałku, i nie za górami, za lasami, tylko nad rzeką Odrą, a ściślej ujmując w moim „m” trwa wymiana pionów wodnych w kuchni. Panowie majstrowie szumnie nazywani „Ekipą Remontowo-Budowlaną Spółdzielni Mieszkaniowej” przystąpili do „akcji wymiany instalacji wodno-kanalizacyjnej” w całym budynku mieszkalnym.
„Eskadra REM-BUD” w składzie Pana Janka i Franka po szumnym wejściu zaczęła oględziny. Oprócz młota udarowego nie mieli przy sobie absolutnie nic. I od tego momentu zaczyna się PRAWDZIWA bajka...
Pan Janek jest skromnym, uczynnym, dokładnym i bardzo pracowitym człowiekiem. Ceni sobie fachowość i skrupulatność. Jest w posiadaniu kilku „fakultetów” w typowo męskim zawodzie: hydraulika, murarza, spawacza, i tokarza. To miły, cierpliwy, spokojny, kulturalny starszy Pan. Natomiast Pan Franek jest typem MACHO z szerokim uśmiechem, ukazującym błyszczące, metalowe zęby (w tej roli wystąpiły górne czwórki). Gadane miał niczym polityk podczas akcji wyborczej, i co ciekawe miał do szkoły mocno pod górkę, dlatego nie posiadawszy żadnego „papierka” jest dzisiaj zwykłym pomocnikiem. Jednak dziwnym zrządzeniem losu to właśnie Pan Janek do Pana Franka mówi „SZEFIE”... ???
(Wszystkie wypowiedzi pochodzą z ust Franka)...


„Da Pani jakiś ostry nożyk, bo my chcieli tapetę wyciąć. Bo jak szarpniem, to cały kawał odpadnie”. Pospiesznie więc podałam Panu mój ulubiony kozik ostry niczym brzytwa, który służy mi do obierania ziemniaczków. Po chwili pada kolejne pytanie: „Ma Pani jakąś drabinkę? Bo muszę przy suficie kasetony odciąć. Jak nie ma drabinki, to ja tu na tym stołeczku stanę”. Spojrzałam w tym momencie na buty jegomościa, były całe oblepione brudem, który pewnie od lat nawarstwiał się podczas wielu podobnych remontów. Wyobraziłam sobie te piękne buciki na moim drewnianym hokerze, na którym zasiadam spożywając posiłki. Czym prędzej krzyknęłam, że już idę do piwnicy po drabinę!
Panowie bardzo się ucieszyli, i z nieskrywanym uśmiechem orzekli, że lepszej to nawet w firmie nie mają. Teraz przyszła kolej na najważniejsze, silni mężczyźni młotem udarowym, niczym wojacy na wojence „strzelali” do podłogi i sufitu, aby przebić się na wylot przez grubą, półmetrową, betonową warstwę stropów. Czy muszę Wam opowiadać co się działo w tym momencie? W moim małym „m” pojawiła się ogromna chmura pyłu, taka która pojawia się podczas wybuchu wulkanu. Stojąc zaledwie w odległości 2 metrów od mężnych facetów ledwie mogłam ich zobaczyć. Gdy pył osiadł, szczelnie pokrył warstwą kilku milimetrów wszystko co znajduje się w „m”... :( Ręce mi opadły, ale też chciałam pokazać, że jak na babkę to dzielne ze mnie dziewczę. Zacisnęłam mocno zęby i czekałam na dalszy rozwój akcji. Teraz kolej na wykucie starej rury odpływowej, która była wmurowana w ścianę. Przy jej demontażu Panowie zapewnili mi kolejną frajdę w postaci mocno pochlapanej podłogi szlamem zbieranym przez całe, okrągłe 25 lat. Ponieważ szlam ciągnął się i mazał niczym rozgrzana smoła, „wspaniały mózg” Pana F. wpadł na pomysł, że jak posypie brud warstwami gruzu i okrężnymi ruchami będzie „rozcierać masę”, to szlam zostanie wchłonięty. Tylko nie pomyślał o jednym, mianowicie o tym, że przy okazji zniszczy mi podłogę! Ale na szczęście ja cały czas nad wszystkim czuwałam, i zachowawszy trzeźwość umysłu grzecznie „poprosiłam” Panów o danie mi chwili, abym mogła sama uprzątnąć to bagno z podłogi. Zastanawiałam się na co teraz przyjdzie kolej? Długo nie musiałam czekać, gdyż już po chwili padło kolejne pytanie: „Ma Pani jakiegoś metra? Musim zmierzyć te odcinki starych rur.” W milczeniu przyniosłam to, o co prosili, ale czułam, że ciśnienie już mi się dźwiga mocno w górę, a serducho moje biedne goni gdzieś na wyścigi. Tylko z kim się tak ściga? Pewnie z tym ciśnieniem.
Kończąc wielce wyczerpującą pracę na dziś, przystąpili do sprzątania. I w tym momencie nie wytrzymałam... gdy oczy ujrzały moją małą, delikatną, plastikową, podgumowaną szufeleczkę, którą zbieram okruszki z podłogi, w roli dźwigania potężnych warstw gruzu. Moje oburzenie sięgnęło zenitu!!! Chwyciłam po telefon i zadzwoniłam do kierownika tej wspaniałomyślnej ekipy. Spytałam z czym dzisiaj wysłał swoich pracowników do pracy? W odpowiedzi usłyszałam, że mają wszystkie potrzebne narzędzia, tylko.... pewnie im się dźwigać nie chciało. Pan kierownik obiecał swoich podwładnych mocno uświadomić, i z całą pewnością to uczynił, gdyż drugiego dnia Franek pojawili się w moich drzwiach nie kryjąc, jak jest mocno obrażony. Wchodząc burknął pod nosem: „Dobry!”. Na co ja odpowiedziałam tym samym slangiem: „Dobry”. I to były jedyne słowa jakie zamówiliśmy tego dnia. Po trzech kwadransach ciężkiej pracy, opuścili moje „m” mówiąc: „Na dzisiaj koniec roboty, my już poszli”. Dopiero, gdy weszłam do kuchni moim oczom ukazała się niespodzianka... Franio był tak miły, że postanowił dziś po sobie nie posprzątać i zostawił mi w mieszkanku stertę zużytych gazet, kupkę gruzu do wysokości kolan i kilka drewnianych połamanych listew. Wiem, że u każdego lokatora po każdym dniu, do ich obowiązku należy sprzątnięcie miejsca pracy. Było dla mnie jasne, że to bojkot! Tylko, że Franiu miał pecha, bo tak do końca nie wiedział na kogo trafił... Cierpliwie poczekałam, aż będą schodzić z czwartego piętra. Wtedy otworzyłam drzwi i grzecznie spytałam, czy zamierzają Panowie mi oczyścić mieszkanie z pozostawionego gruzu. W odpowiedzi bojowo nastawiony Pan Franek odpowiedział, że nie ma zamiaru komuś w mieszkaniu sprzątać. Zamknęłam grzecznie drzwi i znowu sięgnęłam po telefon, tylko, że tym razem moje słowa wyglądały nieco inaczej: „Proszę Pana, jest Pan kierownikiem tej grupy, proszę do mnie przyjechać na kontrolę i zobaczyć naocznie jak wygląda pozostawione stanowisko pracy przez Pańskich ludzi. W tym momencie zrobiłam zdjęcia aparatem cyfrowym jako dowód, i jeśli Pan w przeciągu godziny do mnie nie dotrze, ja te zdjęcia wyślę, ale nie Panu, tylko bezpośrednio do PREZESA spółdzielni”. Przyjechał w jakieś 20 minut. Opowiedziałam o rażącym zachowaniu Franka jako przykład podając niezbyt fachowe teksty, oraz niezbyt fachowe podejście do pracy, poprzez wyginanie rury wodnej za pomocą uwieszonej pod sufitem rury gazowej. Jednocześnie nie zapominając o Janku, któremu nie szczędziłam słów pochwały pod każdym niemal względem. Pan kierownik spuścił głowę i ze wstydem odparł, że on też ma z tym gagatkiem problemy, i że „ten typ” już tak po prostu ma :(


Dzisiaj, podczas czwartego dnia mojej bajki nastąpił gwałtowny obrót akcji :) Obaj Panowie byli nadzwyczaj kulturalni i mili. To, że kultura przemawiała przez Pana Janka, to mnie w ogóle nie dziwiło, ale ze strony Franka było bynajmniej nietypowym zjawiskiem. Na koniec dnia wpadł do mnie starszy, poczciwy Janek i wyszeptał: „Dziękuję Pani za tak przychylną opinię na mój temat w obliczu samego szefa. Jest mi niezmiernie miło :)”. Na co ja odparłam: „A ja bardzo się cieszę, że taki fachowiec miał możliwość wykazania się w moim skromnym M :)”
Pożegnałam Pana Janka życząc Mu dużo cierpliwości, żelaznych nerwów i wytrwałości, mając u boku TAKIEGO kolegę jak Franek...
Jutro wchodzi ekipa murarzy, która definitywnie ma zakończyć remont. Gdy tynki już całkowicie wyschną wejdzie ostatni z wojowników, czyli ja we własnej osobie :) Do moich prac będzie należało: wytapetowanie na nowo całego rogu kuchni, uzupełnienie zniszczonych kasetonów, malowanie mebli kuchennych oraz kuchenki, przycięcie szafki zlewozmywakowej pod zamocowany w nowym miejscu wodomierz, zrobienie półeczki pomiędzy szafką a ścianą i wiele, wiele innych prac nie tylko w kuchni. Mam zamiar ze wszystkim się wyrobić jeszcze zanim położę się w szpitalu. Ufff, no to do pracy! :)
Aaaa! Zapomniałabym! Każda baśń ma swój morał, moja też, a brzmi on tak:
„NAJLEPSZYMI FACHOWCAMI JESTEŚMY MY SAMI” ;)

PS
1). Imiona obydwu panów na potrzeby baśni zostały zmienione, a wszelkie podobieństwo do ewentualnego, autentycznego nazewnictwa jest czysto przypadkowe.
2). Zdjęcia pochodzą z zasobów internetowych.
3). To, co udało mi się zdziałać pokażę wkrótce, jak uporam się ze wszystkimi pracami.

Dziewczyny, zmykam, bo "robota" czeka. A Wam życzę bardziej udanych ekip remontowych, albo najlepiej zakasujcie rękawy i ruszajcie na drabiny, bo nikt nie zrobi lepiej od nas.
Pozdrawiam Was serdecznie :)