27.09.2010

Same niespodzianki...

Ostatnie dni obfitowały w przeróżne sploty wydarzeń, które mogę jednoznacznie określić jako „życiowe NIESPODZIANKI”.
To może po kolei...
Pierwszą niespodziankę przygotował mi mój własny organizm, który stwierdził, że zamiast ze mną współpracować, będzie się buntować, i to na całego.
I takim oto sposobem w przeciągu ostatnich dwóch tygodni znowu wylądowałam trzykrotnie na pogotowiu. Nie muszę chyba nawet pisać z jakiego powodu, bo powód jest oczywisty – SERCE.
Przy kolejnej wizycie u kardiologa czekała na mnie niespodzianka...
Dostałam pilne skierowanie do szpitala sanatoryjnego. Mój pobyt będzie uzależniony od poprawy stanu zdrowia, ale średnio spędzę na oddziale ok 4 tygodni!!! Przerażenie sięgnęło zenitu!
Jak to teraz szpital?! Przecież syna nie zostawię, jest rok szkolny, są rozgrzebane prace, są psy, jestem sama!
Jak to wszystko będzie się „kręcić” beze mnie?!!!
Jednak w takich sytuacjach nigdy nie zawiodłam się na moich kochanych rodzicach. Mama obiecała, że dopilnuje Oskara, że zamieszka u mnie, że zaopiekuje się pieskami, szczurkiem, kwiatami, zakupami, gotowaniem, praniem i sprzątaniem.
Pogodziłam się już z tym bolesnym faktem. W końcu serce to nie palec, bez którego można nadal cieszyć się życiem.
Krok po kroku wszystkie swoje niedokończone sprawy zamykałam na ostatni guzik, by nie zostawić mamy z dodatkowymi obowiązkami.
Aż tu pewnego dnia rano niespodzianka... Dostałam telefon ze spółdzielni mieszkaniowej, z informacją, że wszyscy właściciele mieszkań muszą być w domu, w dniach 4-6 października, z uwagi na wymianę pionów wodnych.
Świetnie! Minie mi termin skierowania do szpitala!
Dzwonię więc do placówki zdrowia i mówię w czym rzecz. W odpowiedzi słyszę coś, co brzmi jak niespodzianka...
Proszę się niczym nie przejmować, skierowanie będzie tak długo ważne, dopóki pani nie zjawi się na oddziale. Proszę jedynie przed przyjazdem przedzwonić i upewnić się, czy jest w danym momencie wolne miejsce. Eureka! No tak, pomyślałam, w końcu dotarł też do Polski XXI wiek! ;))
Nie pozostało mi nic innego, jak przełożyć „leżenie” na drugą połowę października. Tylko czy dożyję do tego czasu...
Żartuję! :) Oczywiście, że dożyję! Tak łatwo się nie poddam!
Wiadomo nie od dziś, że kocham czerń. Uwielbiam noce, burze i wiatr. Wolę zimę niż lato. Preferuję noc nad dniem. Zawsze wybiorę księżyc zamiast słońca...
Te czynniki wskazują jednoznacznie, że kiedyś musiałam być wampirem ;)) a wiadomo, że te, tak łatwo nie żegnają się z życiem.
Mam nadzieję, że w szpitalu nie dysponują srebrnymi kulami, ani osikowymi kołkami? ;))
Ok, koniec żartów, czas na kolejne niespodzianki...
W zeszłym tygodniu puka do drzwi listonosz i mówi: „paczka dla Pani Alicji...”
Ale, ale, (zapowietrzyłam się), ale ja niczego nie zamawiałam.
Otwieram, z dużą dozą niepewności. Przychodzą mi do głowy różne skojarzenia, łącznie z bombą podesłaną przez Darka ;))
Nic z tego! W pudełeczku czekał na mnie liścik i prezent od jednej z Was :) Sprawczynią przemiłej niespodzianki jest Justka, która już kiedyś napisała, że ma coś w posiadaniu, co zupełnie nie pasuje do Niej, za to bardzo kojarzy się ze mną :) Kochana Justynko, nie pomyliłaś się, cacko jest przepiękne! Może służyć zarówno jako kominek do palenia olejków, jak i świecznik na tea-lighty. Obydwie wersje już sprawdzone :)
Serdecznie Ci dziękuję :*



Oczywiście, to jeszcze nie koniec...
To, co spotkało mnie w minioną sobotę można nazwać mega-niespodzianką!
W dniach 25-26 odbywały się niedaleko mojego miejsca zamieszkania dożynki pod nazwą „X Europejskie Targi Chłopskie”. Rodzice namawiali mnie abym pojechała z nimi. Szczerze mówiąc nie bardzo miałam ochotę, gdyż w zeszłym roku byłam na tej imprezie chopperem razem z Darkiem. Bałam się wspomnień, a jeszcze bardziej ewentualnego, przypadkowego spotkania. Ale...raz kozie śmierć ;)
Chodziłam po całym placu imprezowym zaglądając od stoiska, do stoiska, szczególną uwagę zwracając na rękodzieła. Mój wzrok przykuło stoisko z biżuterią i pracami decoupage na szkle. Nawet zamieniłam kilka zdań z przemiłą właścicielką stoiska, po czym przeszłam do kolejnego. W pewnym momencie, z oddali zobaczyłam znany mi napis: Wrzosowa Polana, potem dostrzegłam logo...
To nie może być zbieg okoliczności!
Wróciłam w stronę znajomego stoiska, aby spytać o blog pod tą samą nazwą, ale zanim zdążyłam otworzyć usta, miła Pani spytała: „Alicja?”
W tym momencie było już wszystko jasne! :)
Spotkałam Asię z Wrzosowej Polany!
Uściskałyśmy się na powitanie, tak jakby nie było pierwsze, ale któreś z kolei. Już nie błąkałam się po placu jak zbłąkana owieczka, usiadłam obok Asi i „rajdałyśmy” na całego :) Oczywiście nasze „babskie pogaduchy” były przerywane na dyskusje z klientami, a ściślej ujmując klientkami :) Spędziłyśmy razem ponad 3 godziny. Moi rodzice mieli zaszczyt poznać osobiście pierwszą z blogowych koleżanek :)
Joanna, przy tej okazji podarowała mi kolczyki. Ponieważ krępowałam się dokonać samodzielnego wyboru, Asia spośród czarnych egzemplarzy wybrała dla mnie ten model, i myślę, że było to trafienie w „10”, bo bardzo je lubię. Dziękuję Ci Kochana :*

 

Asiu, nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że mogłam Cię poznać osobiście. Przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia od moich rodziców, którzy są zauroczeni Miłą Panią :)
Już nie mogę się doczekać naszego kolejnego spotkania, które myślę zdążymy zorganizować jeszcze przed moim wyjazdem do szpitala, lub zaraz po powrocie.
I jeszcze jedno... Mam nadzieję, że Cię nie zaraziłam. Ten sobotni duszący kaszel, był zwiastunem przeziębienia. Całą niedzielę spędziłam pod kołderką kaszląc, kichając, i popijając herbatkę z sokiem malinowym.

Na koniec zdjęcia Ogonki, która przeczuwając srogą zimę, pakuje w siebie podwójne ilości jedzenia. Wygląda już jak duża, włochata kulka i nadal wcina :)


Pieski, jak widać nieco obrażone, bo Ogonka nie chciała się z nimi podzielić.
Ramziowi zapach makaronu wyciskał łzy z oczu, co widać na załączonym obrazku :)
  
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, i życzę każdej z Was spotkań w realu, bo to naprawdę niesamowite przeżycia :)

PS
W kolejnym poście będzie o tym, co udało mi się ostatnio „zmalować”.

**************************************************

11.09.2010

Plusy w minusach. Zabawa w "10-tkę ulubionych".

Dzisiaj będzie mix tematów, czyli inaczej mówiąc „misz-masz” ;)
Drogie Koleżanki, na początek chcę Wam bardzo podziękować za życzliwe słowa wsparcia zostawione pod poprzednim postem.
Witam serdecznie wszystkie nowe Koleżanki, które pozostawiły po sobie ślad. Szczególnie serdecznie ściskam Ivonkę (anonimowy), oraz Kasię i dziękuję Wam Drogie Dziewczyny za to, że podzieliłyście się ze mną swoimi historiami.

Coraz częściej dochodzę do przekonania, że niemal w każdej, nawet najbardziej negatywnej sytuacji można dostrzec jakieś plusy.
A jakie ja dostrzegam w obecnej???
Jest ich całe mnóstwo, a wszystkie można podpiąć pod jedną, wspólną kategorię zwaną WOLNOŚĆ!
Tak, czuję się wolna i cieszę się z tego stanu jak przysłowiowy wariatuńcio ;)
Robię to, na co mam tylko ochotę w danej chwili.
Gotuję wtedy kiedy chcę, i co chcę, a nie pod wyraźną prośbę „kochanie, a może zrobisz dzisiaj...”, zazwyczaj padała nazwa bardzo pracochłonnego dania, które przykuwało mnie do garów na dobre 3 godziny.
Oglądam w tv, to na co mam ochotę, nie muszę się przymuszać do gapienia się w ekran na bezsensownie idiotyczne filmy akcji pod hasłem „zabili go i uciekł”, gdzie dialogi opierają się na bogatym słownictwie typu: uuu!, aaa!, ooo!, tratatatata!, bam!, pif-paf! Itp...
Podczas bezsennych nocy mogę cichutko słuchać ulubionej muzy, lub oglądać choćby do rana program Animals, lub Discovery, bez odgłosów jęczenia za plecami „wyłącz to, bo mi przeszkadza w spaniu”.
Mogę umawiać się z koleżankami, wybywać do kawiarni, wyjeżdżać tam gdzie mnie oczy poniosą, i nie muszę nikomu z niczego się tłumaczyć.
Odczuwam szeroko pojętą wolność, i póki co mam zamiar cieszyć się tym stanem rzeczy.
A jeśli będę gotowa na nowy związek (o ile w ogóle będę), to już nigdy w życiu nie dam się tak zniewolić, nigdy!!!
Darek nie był (nie jest) złym człowiekiem, ale chciał mieć TOTALNĄ kontrolę nade mną i moimi poczynaniami. Dlatego codzienne pytania typu: „Gdzie byłaś? Z kim byłaś? Co robiłaś? Dlaczego się spóźniłaś? Po co tyle siedziałaś u rodziców? Co Oskar powiedział? Po co idziesz do koleżanki? Co mówiła.........? O której wrócisz? Po co wychodzisz? Itp...
Mogłabym mnożyć bez końca, bo tych i podobnych pytań było tysiące!
Ale teraz już DOŚĆ!!!
KONIEC!!!
Mieszkanie to nie komisariat policji, a facet, z którym mieszkam to nie inspektor śledczy.
Rodzina powinna cechować się wolnością słowa i wyboru, wzajemną miłością, tolerancją, szacunkiem, troską, i przede wszystkim ZAUFANIEM. Jeśli zabraknie, któregoś z tych czynników, należy uznać, że taka rodzina jest po prostu chora.
Chorobę można leczyć, usunąć (ząb), lub zrobić przeszczep.
W mojej obecnej sytuacji można mówić o usunięcia czynnika chorobotwórczego. Z chwilą, kiedy w moim życiu pojawiłby się ktoś, będę mówiła o ewentualnym przeszczepie. A na razie jestem w stadium leczenia ;))

  

Wracając z Opola, z cotygodniowych wyjazdów na terapię, zawsze po drodze zatrzymuję się na łąkach, nad brzegiem rzeki Odry, i godzinami spaceruję wzdłuż rozłożystych łąk i pól, upajając się resztkami lata i samotnością na odludziu. Słońce już nie grzeje tak zabójczo, ale daje przyjemne, delikatne ciepełko, które działa na mnie jak balsam.
Staram się nie myśleć wtedy o niczym. Skupiam się na byciu tu, i teraz.
I wiecie co? - Jest mi z tym dobrze, bardzo dobrze :)
Obserwuję zmiany w przyrodzie, i stwierdzam, że wielkimi krokami zbliża się do nas Pani Jesień. Przyjmę ją z otwartymi ramionami, bo kocham ją za kolory, za zapachy, i za łzy, którymi płacze.

A w domciu?
A w domciu kwitnie miłość wśród zwierzaków.
Po raz tysięczny chyba stwierdzam, ze my – ludzie powinniśmy brać przykład ze zwierząt,
i uczyć się miłości właśnie od nich.
Pisałam wcześniej o wzajemnych uczuciach moich małych kundelków. Ale teraz, gdy są już razem blisko 3 miesiące, z całą stanowczością mogę powiedzieć, że wzajemna przyjaźń nadal rozkwita, i przeradza się w coś rodzaju „chcę być przy tobie zawsze i wszędzie”.Wiele radości daje mi obserwowanie ich zachowań, i otrzymuję cudowną dawkę bezgranicznej miłości, która jest motorem napędowym naszego życia.



Oprócz miłości jest też czas na przyjemności, czyli przednią zabawę :)




Oskar w czasie wakacji wziął udział w konkursie internetowym, na pewnym portalu z grami, który odbył się pod hasłem: przedstaw w zabawny, ciekawy sposób „obrazy z życia graczy”. Zabraliśmy się więc do roboty.
Wprawdzie nagrody głównej nie wygraliśmy, ale przy robieniu zdjęć, zabawa była wyśmienita :))
Ramzes bronił dostępu do komputera i udawał bardzo zaangażowanego w strategię na ekranie tylko dlatego, że w opakowaniu leżącej przed nim gierki schowaliśmy pyszne kęski cudownie pachnącej kiełbaski :)


A Gaja dzielnie siedziała na półce z grami i pilnowała do nich dostępu, nie zważając nawet na to, że siedzi całe 1,5 metra nad podłogą. Ale tu też w roli „kusiciela” wystąpiły plasterki pachnącej wędlinki, które ułożone były na górze opakowań z gier. Gajusia czekała tylko na hasło pozwalające na bezpieczne szamanie na wysokościach ;) 
Bezpiecznie bowiem było niewątpliwie, gdyż Oskar kucał cały czas pod półką, przy meblach w pogotowiu na ewentualną asekurację.


Poza tym pomału zaczynam wracać do moich ulubionych zajęć, czyli do odnawiania gratów. Znowu chwyciłam za papier ścierny, za szpachlę, za farby i pędzle. A to co robię, będę pokazywała sukcesywnie w kolejnych postach.
Na chwilę obecną manekinek dostał nową nogę w kolorze bieli,
a korona stoi w towarzystwie iście królewskich "diamentów" ;)


Potraktowałam farbą także moje świecznikowe platery.
Wiem, że wiele z Was teraz nie kryje oburzenia, i po cichu myśli sobie, że „spierniczyłam” oryginał, ale ja nie mogłam znieść tego, że każdy z nich był w innym kolorze i świecił odmiennymi barwami.
Wolałam, by raczej przypominały komplet, niż przedmioty „z innej parafii” :)
Najpierw czyszczenie, farba podkładowa w kolorze grafitu nałożona w dwóch warstwach, a na koniec metodą suchego pędzla warstwa bieli, naniesiona w taki sposób, by celowo szczelnie nie pokryć poprzedniej warstwy.


Celowo pozostawiłam spody niepomalowane, aby za 10 lat,
gdy zapomnę z jakiego materiału były zrobione, mieć wgląd na rzeczywistość.
Właśnie tak wyglądały "przed":


Oprócz tego wprowadziłam pewne zmiany w moim pokoju (czyt.saloniku).
Pozbyłam się (oddałam biednym ludziom z mojego osiedla) jednej z kanap, i...
Ale o tym następnym razem.

A teraz, na zakończenie chcę przedstawić moją „10” rzeczy, które lubię, i które zawsze wprawiają mnie w błogostan :)
Do zabawy zaprosiła mnie Anusia z bloga: „Od pierwszego krzyku, po ostatnie tchnienie”, oraz Ewelinka z bloga: „Evels Look”. Dziękuję Dziewczyny! :)
A oto i moja
dziesiątka ulubionych:

1. Lubię burzę po upalnym dniu, taką prawdziwą, długą i przesyconą mnóstwem grzmotów i błyskawic. Podczas takiej burzy nie ma lepszego zajęcia, niż czytanie książki.
2. Lubię niebo nocą, zwłaszcza w czasie pełni księżyca. Potrafię gapić się godzinami na rozgwieżdżone niebo, sputniki, i spadające gwiazdy.
3. Lubię jazdę pociągiem (co rzadko mi się zdarza), zwłaszcza na trasach mało uczęszczanych, gdzie są stare tory i stara trakcja kolejowa. Pociąg na takich odcinkach rozbrzmiewa cudowną dla moich uszu muzyką: tu tu – tu tuuu, tu tu – tu tuuu.
4. Lubię zimowe wieczory w blasku świec, zapachu tlącego się kadzidła, i rozbrzmiewającej zewsząd ulubionej muzyki. A jaka to muzyka, możecie przeczytać na dole lewego, bocznego paska.
5. Lubię jazdę chopperem. Zwłaszcza wolną, spokojną jazdę po lesie, oraz pośród pól i łąk. Uczucie zjednoczenia z naturą, które wtedy mnie ogarnia jest tak silne, że czuję się po brzegi wypełniona euforią!
6. Lubię bywać na targach staroci, zachwycać się „gratami” i bez opamiętania „polować” na nowe-stare łupy.
7. Lubię zmiany w swoim „m”. Mogłabym zmieniać tak często, jak to tylko możliwe. Przemeblowuję, przemalowuję, odnawiam, postarzam, wymieniam, zamieniam...
8. Lubię pogaduszki z przyjaciółką. Dla takich chwil jestem gotowa odłożyć wszelkie inne plany, zapomnieć o obowiązkach, rzucić w przysłowiowy kąt gary, prasowanie, czy mycie podłóg. Uwielbiam nasze babskie pogaduchy przy kubku gorącego kakao zimową porą, pyszną owocową herbatką wiosną i jesienią, czy zimną lemoniadą latem. Do tego po kawałku ciacha, lub pysznej sałatki, i mogę tak siedzieć godzinami zatapiając się w dyskusji.
9. Lubię Boże Narodzenie. Te święta mają w sobie jakiś potężny rodzaj magii... Godzą zwaśnionych ludzi, wrogowie na ten czas stają się przyjaciółmi. Ludzie stają się życzliwi, jak nigdy wcześniej, i nigdy potem...
10. Lubię mój dom. Uwielbiam w nim przebywać. I choć nie lubię uczucia samotności, uwielbiam być sama, sama ze sobą. Wtedy, albo biorę się za sprzątanie (bo musicie wiedzieć, że ja chorobliwie pedantyczna jestem i uwielbiam porządki!!!), albo czytam, słucham muzyki, i...oczywiście wkraczam w nasz cudowny świat blogów, bez których nie potrafiłabym już chyba żyć!!! :)
W mojej „10” nie padło nic na temat syna, rodziców i naszych zwierzątek,
bo wszyscy Oni mieszczą się w innej kategorii, pod wspólną nazwą MIŁOŚĆ.

Dziękując za udział w zabawie, chciałabym do niej zaprosić kolejne 10 osób, ale ponieważ już niemal na wszystkich blogach pojawiła się „lista ulubionych”, wobec czego bardzo Was proszę, jeśli jest osobą, która jeszcze nie miała okazji do zwierzeń, to ja tą osóbkę serdecznie zapraszam, i z ogromną ochotą przeczytam kolejną listę ulubionych :)

Za oknami rozpieszcza nas słoneczko, jest piękna pogoda w sam raz na ostatnie, letnie spacery.
Życzę Wam udanego, ciepłego weekendu, a ja wracam do moich farb i pędzli :)
Ściskam wszystkich serdecznie :*

**************************************************

7.09.2010

Wracam do Was Kochane Dziewczyny!

Nie było mnie tu długo, oj bardzo długo.
Szczerze mówiąc, nawet nie wiem od czego zacząć...
Miałam wrócić, jak gdyby nigdy nic, i „rozkręcić” kolejnego posta.
Ale, wewnętrznie czuję, że powinnam Wam napisać dlaczego ta długa nieobecność, skąd to milczenie. Przez dwa lata prowadzenia bloga, tak bardzo stałyście się mi bliskie, że chyba jestem Wam winna uchylenia rąbka...

Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, chcę Wam Kochane bardzo serdecznie podziękować za wszelkie maile, które świadczą o tym, że „nasz świat” to nie tylko wirtualna „paplanina”, to także realny wymiar przyjaźni i troski o drugiego człowieka. Doświadczyłam wielu przejawów sympatii z Waszej strony, za które jestem niezmiernie wdzięczna. Pewnie, gdyby nie Wy, nie miałabym sił, by tu wrócić.
Nie chcę imiennie dziękować, bo jest Was naprawdę spora grupka, a broń Boże nie chciałabym żadnej z Was pominąć!!!
Dlatego przyjmijcie ode mnie liczne uściski i buziaki – JESTEŚCIE CUDOWNE! :***

A teraz do rzeczy...
(uprzedzam, że będzie długo, bo nie da się tego sklecić w pięciu zdaniach!)
Jak wiecie, byłam (i jestem) matką samotnie wychowującą, mam cudownego syna. Kilka lat temu poznałam kogoś, z kim myślałam, że stworzę namiastkę prawdziwej rodziny.
To były cztery lata, które skończyły się i już nigdy nie wrócą...
Tak, znowu jestem sama, tzn z synem, pieskami, i szczurkiem oczywiście.
Gdy poznałam Darka, byłam pełna nadziei na dalsze, wspólne życie.
Człowiek ten pochodził z bardzo biednej, wręcz skrajnie biednej rodziny. Ale dla mnie najważniejsze było to, że jest pracowity, uczynny, stroni od alkoholu, i ma dobre serce (tak wówczas myślałam).
Zawsze chętnie mi pomagał we wszystkich pracach, chodził ze mną na wielogodzinne zakupy, kochał zwierzaki i był bardzo cierpliwy.
Zamieszkał u mnie i wiedliśmy normalne, rodzinne życie.
Ale... No właśnie było jedno ALE!
Ten mężczyzna nigdy nie pokochał mojego syna, ba, on nawet chyba Go nie był w stanie zaakceptować. Był o wszystko zazdrosny i zawistny!
Nie mógł pojąć, dlaczego „dzieciak” jest tak bardzo kochany przez dziadków, bo on takiej miłości nigdy nie zaznał. Nie mógł pojąć, dlaczego Oskar ma „swoje zaskórniaki”, bo on jako dziecko nigdy ich nie miał. Nie rozumiał dlaczego tak bardzo roztaczam nad nim opiekę, bo on nigdy tej opieki nie doświadczył. Wręcz oburzał się za każdą kolejną parę butów. On chodził w butach po starszym rodzeństwie przez kolejne lata, dopóki noga nie zrównała się z ich rozmiarem.
I tak mogłabym wymieniać bez końca!
Był zazdrosny dosłownie o wszystko!!!
A najbardziej o Jego wiedzę i wyniki w nauce.
Zawsze przytaczał słowa: „Jasne, że dobrze się uczy, a co ma innego do roboty? Tylko z nosem w książkach siedzieć! Gdybym, ja w jego wieku też nie miał nic innego do roboty, to dzisiaj..........!!!”
Albo: „Dzieciaki z miast nawet nie dostają do pięt dzieciakom ze wsi! Oskar zginąłby nawet przy młodszej koleżance ze wsi. One nauczone są pracy od najmłodszych lat.”
Tego typu i podobne teksty wysłuchiwałam niemal codziennie :(
Nie docierały do niego moje argumenty, w stylu:
DZIECKO MUSI MIEĆ DZIECIŃSTWO!!!
Głośno krytykowałam i nigdy nie kryłam oburzenia, w stosunku do ludzi, którzy od najmłodszych lat wykorzystują dzieci do ciężkich prac w gospodarstwie. Jestem wręcz przekonana, że biedne, wielodzietne rodziny wiejskie posiadają liczne potomstwo w ilości składu drużyny piłkarskiej, tylko po to, by mieć darmową siłę roboczą.
Takiemu postępowaniu zawsze mówię kategoryczne NIE!!!
Ale ten problem nie jest tematem dzisiejszego posta.
Przez cztery lata wspólnego mieszkania był czterokrotnie świadkiem zakończenia roku szkolnego. Za każdym razem świadectwo z paskiem, nagroda i listy pochwalne. Nigdy w obliczu mojej ogromnej radości nie zdobył się na to, by Mu pogratulować, uścisnąć dłoń, by powiedzieć miłe słowo, by okazać choć cień radości.
W dniu urodzin, czy podczas Świąt, z wielkim trudem wysilał się na kilka słów życzeń. Nie rozmawiał z Nim. Czasem musiałam gdzieś wyjść, nie było mnie kilka godzin, a po powrocie pytałam, jak spędzili ten czas?
Jedno siedziało w jednym pokoju gapiąc się w telewizor, a drugie w drugim pokoju, przy biurku, z nosem w zeszytach i książkach.
Nie zamówili ani jednego słowa, choć mój syn bardzo często robił „podchody” w tym kierunku. Jednak szybko i skutecznie zostawał zbywany :(
Doszło do tego, że potrafił syna zgonić z kanapy, bo tam właśnie w danym momencie zapragnął wywalić swoje zmęczone kości.
Przyczepiał się o wszystko: o włączony komputer, o zapalone górne światło zamiast lampki na biurku, o to że spóźnił się kilka minut wracając z podwórka do domu. Denerwowała go chyba nawet Jego obecność.
Stałam między młotem, a kowadłem.
Robiłam wszystko, by jakimś cudem scalić nas w jedną rodzinę.
Tłumaczyłam sobie, że przecież jest pracowity, sumienny, obowiązkowy, nie pije, nie szlaja się z kolegami, przychodzi z pracy prosto do domu.
Miał trudne dzieciństwo, nie był rozpieszczany. Musiał jako dziecko pracować, zarabiać na szkołę, na ubrania. Często nawet nie miał co zjeść!
Tłumaczyłam sobie, że to dobry człowiek, tylko bardzo skrzywdzony przez los. Nigdy nie doświadczył od najbliższych dobra, więc teraz tego dobra nie potrafi najbliższym ofiarować.
W wielu życiowych sytuacjach był niemal idealnym partnerem na resztę życia.
Jednak oziębłe traktowanie mojego syna było nie do przeskoczenia.
Zaczęłam się izolować, zamykać w sobie. Nocami, i w dzień kiedy był w pracy często płakałam, by dać upust nagromadzonym emocjom.
Rodziły się w domu konflikty. Były coraz częstsze i tyczyły coraz większych pierdół, a w większości chodziło o mojego syna. Czułam, ze odsuwam się nie tylko od niego, ale też od mojego jedynego dziecka, bo zrobiłam się drażliwa, nerwowa, wybuchowa.
Wpadałam w coraz większe doły.
Odizolowałam się od reszty świata. Nie mogłam spać. Zdarzało się, że nie zmrużyłam oka nawet po kilka nocy z rzędu. - (pamiętacie moje nocne komentarze na Waszych blogach?)
Chodziłam po mieszkaniu jak zombi z czarnymi podkowami pod oczami, skórą w szarym kolorze i błędnym wzrokiem. Nie byłam w stanie na niczym się skupić. Przestałam robić rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. Snułam się po mieszkaniu jak zaprogramowany robot wykonujący obowiązkowe czynności. Moje przygnębienie sięgnęło zenitu.
Już nie płakałam, ale ryczałam, wyłam jak wilk do księżyca.
Gasłam w oczach, chęć do życia wypalała się jak płomień świecy.

I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem zdominowana przez głęboką depresję. Znam to uczucie doskonale, bo cierpię na tą chroniczną przypadłość od 1997 roku, od momentu, w którym mój ukochany dziadek umarł na moich oczach.
Ta choroba jest podstępna jak licho! Z niej nie da się całkowicie wyleczyć, można ją jedynie skutecznie zaleczyć i przez całe życie pracować nad sobą, by nigdy nie powróciła. To nie jest jakiś wirus, którym można się zarazić, i można się przed nim ustrzec. Jest specyficzna i bardzo podstępna. Wybiera sobie ofiary. A stają się nimi ludzie bardzo słabi emocjonalnie, ze słabą psychiką, ci, których określa się mianem nadwrażliwców.
Byłam nie do życia...właściwszym określeniem byłoby: sięgnęłam dna psychicznego.
Nie wychodziłam z domu, nie robiłam zakupów, nic mnie nie cieszyło.
Potrafiłam wpatrywać się przez okno godzinami w jeden punkt.
Przestałam oglądać tv, komputer nie istniał, czytanie było bezcelowe, gdyż nie byłam w stanie zrozumieć prostej treści.
Ukochane targi staroci i odnawianie gratów, było nieosiągalnym, odległym mitem.
Najbliższa rodzina była przerażona, namawiali mnie na wizytę u lekarza i na terapię.
Ale ja nie byłam w stanie nawet ubrać się i wyjść z domu!!!
W końcu, pod koniec czerwca, dałam się „wpakować” w samochód i zawieźć do lekarza, do Opola.
Natychmiast dostałam leki i natychmiast zostałam skierowana na terapię.
Jestem już pełne dwa miesiące na lekach, pod kontrolą lekarza.
Co tydzień jeżdżę na indywidualną terapię.
Jest coraz lepiej, z każdym dniem wracam do świata żywych.
Obraz zombi powoli zanika, a w jego miejsce zaczyna wyłaniać się kobieca sylwetka, która jest ubrana i pomalowana.
Jeszcze nie uśmiecham się, jeszcze nie wychodzę na spacery, ale myślę, że to tylko kwestia czasu.
Po pierwszej wizycie u lekarza, tuż po zakończeniu roku szkolnego, Darek wrócił z pracy, spakował się i wyszedł. Opuszczał mieszkanie ze słowami na ustach: „nie mogę znieść Tego co się z Tobą dzieje”.
W momencie, kiedy podjęłam decyzję o leczeniu, on postanowił odejść.
Kolejny cios. W jednej chwili wszystko się skończyło, legł w gruzach mój czteroletni związek. Plany runęły niczym budynek wysadzony w powietrze. A przecież moim głównym planem było nauczenie Darka miłości do najbliższych i scalenie tego, co myślałam, że jest realnym.
Kolejny powód, by się załamać...
Ten, który wpędził mnie w stan głębokiej depresji, odszedł, nie mogąc jej znieść!
Ale nie poddałam się! Nadal wytrwale jeździłam do Opola na terapię. Nadal brałam leki. Jednak serce nie sługa, zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Kilka razy trafiłam na pogotowie, a stamtąd do szpitala na doraźny oddział ratunkowy, by ustabilizować pracę serca.
Od dwóch tygodni serce pracuje spokojniej, a ja nie uroniłam łezki.

Dziś wiem, że człowiek, z którym mieszkałam, z którym układałam sobie życie, swoim odejściem zwrócił mi wolność. Nie wolność w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale wolność miłości matki do dziecka, która do tej pory była tłamszona i przygasała niczym wypalający się płomień świecy.
Syn stał się radośniejszy. Znowu zasiadamy wspólnie przed telewizorem i oglądamy przyrodnicze filmy. Znowu siedzimy razem przy komputerze. Znowu opowiada mi jak było w szkole. I wreszcie znowu słyszę z Jego ust słowa: „Mój Ty maluszku” wypowiadane z uśmiechem i miłością w sercu.
(Ja – maluszek 162cm, On – dryblasek 188cm)
Wreszcie po czterech latach, możemy czuć się swobodnie we własnym domu!
Czuję, że powoli wychodzę na prostą.
Zaczynam zamykać definitywnie pewne etapy mojego życia.
I tak na pierwszy ogień kończę przygodę z chopperem!
Motor idzie na sprzedaż, a ja za te pieniądze spełnię sobie jedno z moich wielu marzeń, które zawsze miałam, a które ostatnio odeszły w zapomnienie.
Zrozumiałam, że musi się coś skończyć, by mogło się coś zacząć...
Zwłaszcza, jeśli ma się skończyć coś gorszego, na poczet zaczątku czegoś lepszego...

Wiem, że wiele z Was cierpi na depresję. Czytałam nie jeden raz notki na Waszych blogach. Depresję zawsze powoduje jakiś czynnik. U mnie tym czynnikiem był Darek, a ściślej mówiąc jego zachowanie w stosunku do mojego dziecka.
I wiecie co?
Najlepszym sposobem na wyjście z choroby, jest całkowite wyeliminowanie czynnika, który ją powodował.
Wiem, że to czasem bywa bardzo trudne, wręcz niemal niewyobrażalne.
Ale to jedyna i skuteczna metoda.
Trzeba wybrać, to co jest dla nas najlepsze i najważniejsze,
a dla matki zawsze najważniejsze będzie jej dziecko (dzieci).
Byłam w błędzie mając nadzieję, że wyleczenie depresji uratuje mój związek, naszą rodzinę.
Ja byłabym uleczona, ale Darek nadal pozostałby sobą...

* * * * *

Na zakończenie, by nie było tak zupełnie pusto, obrazy z wakacji mojego syna,
na które wyruszył wraz z dziadkami w poszukiwaniu przygód.
Na zdjęciach m.in:
- widoczki z ośrodka wczasowego,
- moja kochana rodzinka: mamcia, tatko i dryblasek,
- kulig na wodzie, czyli rowery wodne za motorówka,
- kwiatowe parasole,
- na szlaku 16 wodospadów,
- 25 km spływ tratwami po Dunacju,
- książę na zamku ;)
- widok na okolicę z motolotni,
- mama zauroczona mini pisiakiem ;)
- tato w roli Brunhildy ;)
Ostatnie zdjęcie przedstawia najdoskonalsze i najbardziej kochające się
małżeństwo świata - moich rodziców!
I tym samym moje odwieczne marzenie, które wydaje się nie być realnym...


  
 

  
  
  

W tym roku wakacji nie miałam.
Moją jedyną „rozrywką” były wyjazdy na terapię.
Ale mam zamiar wszystko nadrobić, i to już wkrótce!

Pozdrawiam Was Kochane Dziewczyny :*
I jeszcze raz bardzo dziękuję za wszelkie słowa sympatii nadesłane w mailach
i pozostawione w komentarzach pod poprzednim postem.
Ściskam Was wszystkie :*

**************************************************