Wzięło mnie na kolejne wspominki...
Dzięki Agnieszce, mojej przyjaciółce ze szkoły średniej ziściło się jedno z moich wielkich marzeń...
Dzięki Agnieszce, mojej przyjaciółce ze szkoły średniej ziściło się jedno z moich wielkich marzeń...
Już jako mała dziewczynka marzyłam o zacisznie położonym domku, o mnóstwie zwierząt, i o własnym koniu, z którym będę przemierzać okolice. Namiastkę tego marzenia zawdzięczam Agnieszce, za co jestem jej bardzo wdzięczna.
Byłyśmy ogromnie ze sobą zżyte. Mieszkała na wsi, położonej w odległości 6 km od miasta, w którym mieszkam. Chodziłyśmy do jednej klasy. Często spała u mnie w tygodniu, by mieć rano bliżej do szkoły. Ja nocowałam u niej w weekendy, by móc nacieszyć się bliskością natury. Razem jeździłyśmy na wycieczki, do teatru i do kina. Właściwie wszystko robiłyśmy razem. A naszą wspólną pasją były nasze ukochane psy :)
Jej rodzice od lat przyjaźnili się z ludźmi, którzy byli właścicielami niewielkiej stadniny koni. Agnieszka zatem całe dzieciństwo spędzała w siodle, co w moim przypadku było w sferze marzeń.
Kiedyś zaproponowała mi tą życiową przygodę. Zgodziłam się z wielką radością i tak się zaczęło...
Jeździłam do stadniny regularnie. Miałam „swojego” konia, a raczej swoją kobyłkę. Była to ogromna klacz rasy wielkopolskiej. Nazywała się BASTA. Nie był to smukły, szlachetny „rumak”, z cienkimi pęcinkami. Nie była pełnej krwi „arabem”. Konie tej rasy są wieloużytkowe. Zazwyczaj mają umaszczenie kasztanowe, lub gniade. Spotyka się rzadko siwe, bądź kare. Moja Basta była gniada, ogromna, dobrze zdudowana, pięknie umięśniona i taka jakby nieco...ociężała. Nie było chętnych na ujeżdżanie jej. Ludzie wybierali bardziej „widowiskowe” okazy.
Właściwie tylko ja ją dosiadałam, a właścicielom służyła jako koń zaprzęgowy do bryczki. Doskonale się do tego nadawała, gdyż była nader posłuszna i karna.
Pokochałam ją. Przyjeżdżałam do niej nawet wtedy, kiedy jazda nie była możliwa z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych.
A co najważniejsze dla mnie (i moich rodziców), to fakt, że mogłam korzystać z tej nieziemskiej przyjemności zupełnie za darmo. Warunkiem było oporządzenie klaczki przed i po jeździe, co robiłam z nieskrywaną przyjemnością.
Wybywałyśmy zazwyczaj w trójkę: ja, Agnieszka i córka właścicieli koni. Przemierzałyśmy łąki, pola i lasy, raz galopując, raz kłusując, ale najczęściej chodziłyśmy stępa, rozkoszując się urokiem okolicy. Najpiękniejsze chwile były w lesie, wręcz nieopisana magia odczuwanych uczuć. Ale las też był najbardziej niebezpieczny dla takich przejażdżek. Krył w sobie wiele niespodzianek, których konie przeraźliwie się bały. Nawet trzask złamanej gałęzi mógł na tyle spłoszyć konia, że ten wpadał w amok i cwałował gdzie go oczy poniosą i dopóki starczyło mu sił. Na szczęście nigdy nie przytrafiła mi się taka sytuacja, i całe szczęście, bo nie wiem czy wyszłabym z niej cało.
Minęły dwa lata. Zżyłam się z „moim konikiem” strasznie.
Któregoś dnia przyjeżdżam, i dowiaduję się, że moja Baściunia ma chorą przednią nogę. Bałam się potwornie, bo wiem co dla konia oznacza chora kończyna... Jeździłam do niej często, czyściłam ją, zadawałam paszę, smarowałam maścią z antybiotykiem ciężko gojącą się ranę. Rozmawiałam z nią, a raczej prowadziłam dialog. Błagałam by wyzdrowiała. Oczywiście o jeżdżeniu nie było mowy!
Po kilku dniach nieobecności przyjeżdżam do mojej bidulki z zapasem jej ulubionych marchewek i dowiaduję się,
że MOJA UKOCHANA BASTA pojechała do Niemiec na rzeź!!!
że MOJA UKOCHANA BASTA pojechała do Niemiec na rzeź!!!
Właściciele poinformowali mnie o tym, mówiąc to w taki sposób, jakby mówili o wyrzuconym, zużytym, starym bucie!
Uciekłam za padok, usiadłam pod ogromnym drzewem i zarykiwałam się w głos.
Jak mogli?!
Jak mogli mi to zrobić?!
Jak mogli jej to zrobić?!
To był przyjaciel człowieka, to był MÓJ PRZYJACIEL!!!
Przyjaciel człowieka, który przez człowieka został zjedzony...
Czasem myślę, ze człowiek to najgorszy gatunek zwierzęcia!
Jak mogli?!
Jak mogli mi to zrobić?!
Jak mogli jej to zrobić?!
To był przyjaciel człowieka, to był MÓJ PRZYJACIEL!!!
Przyjaciel człowieka, który przez człowieka został zjedzony...
Czasem myślę, ze człowiek to najgorszy gatunek zwierzęcia!
Nie mogłam pojąć tej bezduszności, braku serca.
Dla nich była już jedynie darmozjadem, którego nie mogli zaprzęgnąć do bryczki...
Dla nich była już jedynie darmozjadem, którego nie mogli zaprzęgnąć do bryczki...
Miałam żal do całego świata, żal o to, że nie mieszkam na wsi, bo wzięłabym ją do siebie, nawet gdyby się okazało, że nie można już jej ujeżdżać.
Od tamtej pory już nigdy w życiu nie pokazałam się w pobliżu domu tych ludzi.
Od tamtej pory nie dosiadłam żadnego innego konia, i chyba już tak pozostanie.
Kochałam ją i chcę, aby pozostała w mej pamięci jako jedyny koń, na grzbiecie którego przeżyłam mnóstwo pięknych chwil. Wniosła w moje życie wiele radości i szczęścia, i tak marnie skończyła, choć była w kwiecie wieku :(
Dlatego dzisiaj dosiadając konie, wybieram tylko te mechaniczne.
Żelazne rumaki nie są tak bliskie memu sercu i nie ranią tak bardzo, gdy odchodzą na złom...
Żelazne rumaki nie są tak bliskie memu sercu i nie ranią tak bardzo, gdy odchodzą na złom...
Pozostało mi po niej piękne wspomnienie i tych kilka marnych zdjęć,
które kiedyś ktoś mi pstryknął, nawet nie pamiętam kto...
***
które kiedyś ktoś mi pstryknął, nawet nie pamiętam kto...
***
Bastuniu, miałaś chrapy tak miękkie jak aksamit,
a w twoich pięknych, dużych oczach można było dostrzec tysiące gwiazd.
a w twoich pięknych, dużych oczach można było dostrzec tysiące gwiazd.
Dlaczego życie tak boli?
Dlaczego wszyscy których kochamy odchodzą?
Dziadkowie, Kora, Basta...
**************************************************


































