31.12.2009

Życzenia Noworoczne.

Rok dobiega końca.


Czy był to dobry rok? Chyba tak. Nie licząc moich licznych „dni bólowych”, oraz kilku wizyt na pogotowiu, mogłabym nawet zaliczyć go do tych bardziej udanych lat.
Podsumowując ostatni czas, chcę Wam podziękować drogie koleżanki, że mogłam Was poznać. Dzięki blogom (obecnemu i poprzedniemu) nawiązałam wiele wspaniałych przyjaźni, poznałam wiele ciekawych osób obdarzonych przeróżnymi zdolnościami i pasjami. Mogłam gościć u Was wirtualnie i cieszyć się razem z Wami tym co niesie ze sobą życie. Dzięki Wam czuję, że nie jestem taka samotna na naszej wielkiej planecie.
Często mnie inspirujecie, pokazujecie, że można zrobić COŚ Z NICZEGO, odkrywacie tajniki metody ZRÓB TO SAM. Zachwycacie mnie swoimi pomysłami i przepięknymi zdjęciami. Wzruszacie mnie. Czytając Wasze historie, przeżywam je na równi z Wami, często śmiejąc się, popadając w zadumę, lub roniąc łzy wielkie jak ziarna grochu. Stałam się częścią „blogowego społeczeństwa” i jestem bardzo szczęśliwa, że mogę być tu, z Wami.
Kilka słów chciałam skierować również w stronę osób, które nie posiadają blogów, ale zaglądają do mnie, czasem zostawiając swój ślad w postaci komentarza. Obecność Wasza nie jest mi obojętna. Cieszę się każdym gościem, i mam nadzieję, że z czasem uda mi się Was wszystkich poznać :)


Dzisiaj, w ostatnim dniu starego roku, chcę Wam wszystkim życzyć udanego, niezapomnianego Sylwestra i radosnego, optymistycznego wkroczenia w Nowy Rok 2010.
Aby ten nadchodzący czas był dla Was łaskawy.
Życzę Wam dużo zdrowia, radości i pogody ducha. Będę mocno trzymać kciuki za spełnienie się Waszych najskrytszych marzeń. Aby te niedoścignione, okazały się realnymi do spełnienia, a zamierzone cele zostały osiągnięte. Wasze serca były wypełnione miłością i dobrocią. Niech szczęście towarzyszy Wam każdego dnia, a częsty uśmiech gości na Waszych twarzach. Łzy natomiast, niech będą jedynie oznaką największego wzruszenia...
WSZYSTKIEGO DOBREGO KOCHANI!

HAPPY NEW YEAR!!!

**************************************************

30.12.2009

Poświąteczne refleksje...

Tyle zamieszania, tyle przygotowań, tyle bieganiny i...już po wszystkim.
Kolejne najpiękniejsze Święta w roku mamy już za sobą. I powiem Wam szczerze, jak na spowiedzi, że nie było tak jak za dawnych lat...
Nie napiszę, że były radosne i wyjątkowe, bo takie nie były. Brakowało tej magii, jak za dziecięcych lat...
W latach mojego dzieciństwa Wigilia miała miejsce u moich kochanych dziadków. Było łącznie z nimi 11 osób (nie licząc dwóch suczek: mojej Kory i dziadka Azki). I choć ja miałam najbliżej, bo mieszkałam zaledwie 150 metrów dalej, to sam fakt wyjścia z domu, i przejścia tego jakże krótkiego odcinka drogi sprawiał mi ogromną frajdę. Wiedziałam, że spotkam się z moimi ciociami, wujkami, i kuzynami. Było gwarnie i bardzo radośnie.
Dzisiaj dziadków już nie ma. Wigilia jest u rodziców. Też muszę przejść owe „magiczne” 150 metrów, ale wiem, że poza nami (nasza trójka + rodzice), już nikogo innego nie będzie. Każda z cioć robi Wigilię u siebie, dla swoich najbliższych. Nie ma już rodzinnych zjazdów, jak za dawnych, dobrych czasów.
Żadna z potraw, smakołyków, czy innych rarytasów, nie jest już czymś wyjątkowym. Wszystko mamy każdego dnia na wyciągnięcie ręki.
I sam fakt, że niczego nie brakowało, że na świątecznym stole gościło 12 potraw, że na każdego czekały prezenty, nie wystarczył, bym mogła odczuć radość i pełnię świątecznej atmosfery. Na zewnątrz była, niezaprzeczalnie, ale głęboko w moim sercu nie mogłam się doszukać magii świąt, którą zapamiętałam jako mała dziewczynka :(
I z roku na rok jest tej magii niestety coraz mniej...
Ramzes na szczęście nie ma takich porównań i nie dopatruje się corocznych refleksji. Cieszy się niezmiernie z każdego rodzinnego spotkania, a radość jest tym większa, jak wie, że i jemu trafi się z tej okazji smakowity kąsek :)
Jak co roku, u mamy pod świątecznie ozdobionym drzewkiem czekały prezenty, a wśród nich także i dla niego. Podczas kolacji wigilijnej mały cwaniak sprytnie, ukradkiem wychodził do pokoju, by chociaż powąchać swoją paczkę :) Ale wie, że ruszyć jej nie może dopóki mu na to nie pozwolimy. Nie mógł się doczekać, kiedy wszyscy po kolacji ruszymy na poszukiwanie swoich prezentów. Wtedy on, niewiniątko, zaczynał węszyć po wszystkich kolorowych torebkach, w poszukiwaniu swojej. To taka zmyłka, że niby wcześniej jej nie widział ;)



Gdy jego niezawodny psi nos ewidentnie wskazuje na tę właściwą, wówczas szczekaniem obwieszcza wszystkim, że znalazł swój prezent!

Hau, hau! Zobaczcie, moja paczka! Ile pyszności!
 I wszystko takie moje, takie...psiowe :)

Co my tu mamy?... 

Jest moja ulubiona kość!
Jest ucho!
Są psiowe przekąski: ciasteczka, batonik i precelki.
O, jest też jakaś nowość! Piłka do zjedzenia z prasowanych skór!
Hura!
Dziękuję Wam kochani, hau, hau! - (I liże nas po rękach)

Oczywiście, jego paczki już wcześniej zostały przeze mnie pootwierane,
tak by obdarowany mógł bez problemu się częstować.
Myślicie, że tego nie zrobił? Zobaczcie sami :)


W świąteczne dni znalazłam też czas na drucikowanie. Powstało kilka ozdób, które zaraz po świętach (29.12) powędrowały do moich blogowych koleżanek. Mam nadzieję, że w pierwszych dniach Nowego Roku, przesyłki dotrą we właściwe ręce :)



Moi panowie (Oskar i Darek), znając moje upodobania do świec i przedmiotów temu służących, obdarowali mnie niczym innym jak właśnie tym:




Całe szczęście, że nie mam wielkogabarytowych upodobań, bo do tej pory nie miałabym gdzie nogi postawić w czterech kątach ;)

Sylwester spędzam w domku z najbliższymi.
Podobnie jak w Święta, przyjdą do nas rodzice. Na tę okazję przygotowuję bigos, sałatkę, udka pieczone, wafla śmietankowego i lody z owocami (kandyzowanymi). Będzie też dla panów piwko, dla pań półsłodkie winko czerwone, i oczywiście szampan. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie kupiła na tę okazję mojego ulubionego winka... vermouth, słodki, biały. Uwielbiam go z sokiem pomarańczowym, plastrem cytryny i kostkami lodu... Mmmm :))


I chyba sama go wypiję, bo nikt za ziołowym winkiem u mnie specjalnie nie przepada :) Nie wiedzą co tracą ;)
----- ----- ----- ----- -----
Darek poszedł na nockę, a ja mam czas, by spokojnie poodwiedzać Wasze blogi i złożyć Wam życzenia Noworoczne. Przede mną cała noc! :)
Pozdrawiam Was serdecznie babeczki :)

**************************************************

24.12.2009

Opowieść wigilijna...

Ta historia jest o spełnieniu największego dziecięcego marzenia, o wielkiej, bezkresnej miłości, i o smutnym jej zakończeniu...
Czy można pokochać zwierzę na równi z siostrą, czy bratem? Tak, jeśli to zwierzę zastępuje upragnione rodzeństwo.
Będąc małą dziewczynką, od kiedy tylko pamiętam czułam się bardzo samotna. Sama, jedynaczka, bez rodzeństwa. Rodzice nigdy nie znajdowali dla mnie wolnego czasu. Byli zawsze zbyt zajęci pracą zawodową i zawsze zbyt zmęczeni... Pragnęłam rodzeństwa, płakałam. Nie zdecydowali się na kolejne dziecko, choć przeszkód (oprócz małego mieszkania) nie było. Moje samotne zabawy, popołudnia w towarzystwie lalek we własnym pokoju. Serce mi pękało, gdy słyszałam jak inne koleżanki opowiadały o zabawach, wymiankach, spacerach i kłótniach ze swoimi siostrami i braćmi. Miłość braterską rodzice pozwolili mi zastąpić miłością do zwierząt. Dlatego nasze małe „m” zawsze było także domostwem dla chomików, świnek morskich, szczurków, królików, szynszyli, jednym słowem gryzoni. Ale ja od zawsze chciałam mieć psa, na którego nigdy nie chcieli się zgodzić. Więc kochałam wszystkie okoliczne przybłędy, wynosząc im z domu po kryjomu garściami jedzenie.
Każdy kieszonkowy „grosz”, odkładałam, by kupić kolejną książkę o psach. Gdy miałam już niemal całą kolekcję, zaczęłam kupować skórzane obroże, smycze, kagańce, i gumowe zabawki. Wszystko ukrywałam przed rodzicami w schowku na pościel. Każdego wieczoru wyciągałam „sprzęt”, i mocno ściskając go w dłoniach marzyłam o największym przyjacielu człowieka. Którejś nocy usnęłam z całym „dobytkiem”. Rano, mama budząc mnie na śniadanie doznała szoku, po czym słyszałam jak mówi do taty: „Słuchaj, pozwólmy jej na tego psa, bo nam dziecko zwariuje...” Ale na tych słowach stanęło i ani krok w przód.


Miałam 15 lat. To był luty, ostatni dzień ferii zimowych, 13-go piątek.
Tego dnia postawiłam wszystko na jedną kartę...
„Wykradłam „ mamie dowód osobisty, wzięłam wszystkie uzbierane pieniążki ze skarbonki i wsiadłam w pociąg do Wrocławia. Tam korzystając z powiedzenia: „koniec języka, za przewodnika” dojechałam tramwajem do schroniska dla bezdomnych zwierząt. Szłam pomiędzy klatkami jak zahipnotyzowana. Mijałam kolejne boksy, jakaś siła ciągnęła mnie na sam koniec. Po prawej stronie był kojec z sukami – owczarkami niemieckimi. 5 z nich łasiło się przez kraty w poszukiwaniu miłości człowieka, a jedna tylko wystawiła głowę z murowanej przybudówki, i smutnym wzrokiem patrzyła. Nie zamerdała ogonem i nie zrobiła ani kroku w moją stronę. Coś mi podpowiadało, że to jest właśnie ona. Pobiegłam do dyrekcji, zgłosić chęć zakupu. Gdy jednak dowiedzieli się, którą z suk upatrzyłam, stanowczo odmówiono mi jej sprzedaży. Usłyszałam, że suczkę przywieziono w grudniu, przed samymi świętami... Ktoś zgłosił, że przy rowie, w śniegu, na peryferiach Wrocławia leży martwy, duży pies. Przyjechali po zwłoki, ale okazało się, że psina jeszcze żyje. W dodatku jest wysoko szczenna. Była nieprzytomna. Natychmiast zrobili cesarskie cięcie. Maluszków było 11, wszystkie zostały uśpione :( Ratowali sukę. Przez dwa tygodnie leżała nieprzytomna pod kroplówkami. Miała rany na całym podbrzuszu od wystrzeliwanych korków przez „bawiące się dzieci”.
Jej organizm walczył z bardzo silnym obustronnym zapaleniem płuc. Wyszła z tego, długo była słaba i nieufna wobec ludzi. Skradła serca wszystkich pracowników swoją niezwykłą mądrością i inteligencją.
Prosiłam, w końcu się rozpłakałam, tak bardzo ją pokochałam, choć dopiero przez moment ją widziałam. To było jak przeznaczenie. Przysięgałam, że będzie jej u mnie dobrze, że mogą nawet do mnie przyjeżdżać, by sprawdzać w jakich warunkach mieszka i jak jest traktowana. Sprzedali, a raczej oddali do adopcji, na dowód osobisty mamy...
Gdy wróciłam z nią do domu bałam się wejść do mieszkania. Wiedziałam, że chyba mnie „zabiją”... Mamie serce skruszało gdy tylko ją ujrzała, z tatem trwało to dłużej, całe dwa miesiące.


Kora, bo tak ją nazwałam, ta nieufna psina, od kiedy tylko przekroczyła swój kojec w schronisku zapałała do mnie wielką psią miłością. Nie była już taką młodą sunią, miała 5 lat. Jej mądrość wzbudzała podziw u wszystkich. Lubiła ją rodzina, znajomi, sąsiedzi, dosłownie wszyscy. Inni „psiarze” uważali ją za wzór. Ja natomiast pokochałam ją całym sercem, tak bardzo mocno, że stała się moim życiem. Od chwili zakupu, aż do końca jej dni nie rozstawałyśmy się nigdy. Wyjątek stanowiła jedynie szkoła. To dla niej każdego dnia pędziłam do domu. Bawiłam się z nią, kupowałam smakołyki. Zwierzałam się i żaliłam. Chodziła ze mną na codzienne zakupy do osiedlowego sklepu. Codziennie zabierałam ją w odwiedziny do ukochanych dziadków. Nie tęskniłam już za siostrą i za koleżankami. Miałam swoją „siostrę”, bo tak zawsze o niej żartobliwie mówiłam, gdy ją komuś przedstawiałam. Dzieliłyśmy razem jeden pokój, w którym 1/6 podłogi zajmował jej ogromny wiklinowy kosz.
Z chwilą kiedy ją zakupiłam, skończyła się moja dziecięca laba. Już nigdy więcej nie pojechałam (jak co roku) na wczasy z rodzicami. Nie jeździłam na wycieczki i wesela. Wszędzie rodzice jeździli sami, a ja zostawałam w domu z psem. Ale nigdy w życiu, nawet przez moment nie krzywdziłam sobie tego stanu rzeczy. Kora była dla mnie najważniejsza i dla niej zrezygnowałabym ze wszystkich przyjemności.
Razem przebrnęłyśmy przez trudny okres dojrzewania, razem ze mną weszła w dorosłe życie. Była ze mną zawsze, każdego dnia i wszędzie, nawet w przychodniach lekarskich. To była więź, jakiej nie potrafię opisać słowami. Weszłam w dorosłe życie, zaszłam w ciążę. Kora nie odstępowała mnie na krok. Co dwa tygodnie chodziła ze mną do ginekologa i czekała wytrwale pod gabinetem. Chyba czuła, że noszę w sobie maleńką istotkę, bo lubiła położyć głowę na moim brzuchu. Tęskniła za swoimi własnymi szczeniaczkami. Adoptowała wszystkie nasze domowe zwierzaczki :)
Wyjazd do szpitala (poród) spędzał mi sen z powiek, to było nasze pierwsze i jedyne rozstanie. Cały czas prosiłam rodziców: „błagam Was, tylko dbajcie o moją Korę”.
Wróciłam po dwóch tygodniach z maleńkim Oskarkiem. Sunia pokochała go od pierwszej chwili. Spała z głową pod jego małym wiklinowym łóżeczkiem. To ona budziła mnie w nocy swoim mokrym nosem do karmienia, gdy mały płakał. Byłam zbyt zmęczona, i zazwyczaj nie słyszałam płaczu dziecka. Na spacerze nie odstępowała wózka na krok. Oskarek chował się z nią, podobnie jak ja – z siostrą. Tyle, tylko, że siostra już była staruszką. Gdy synek miał dwa latka, moja ukochana psina miała...18. Jej piękne, duże, mądre, piwne oczy zaszły mgłą, nic nie widziała. Straciła zupełnie słuch. „Schła” w oczach. Z wagi, która zwykle krążyła w granicach 40-stu kilogramów spadła do kilku. Skurczyła się, zmalała. Przytrafiało się jej spaść ze schodów, gdy schodziłyśmy na dwór. Nie raz weszła głową w mur. Nie trzymała moczu. Dzielnie wszystko znosiłam i za każdym razem ze stoickim spokojem wycierałam i prałam. Wieczorami, gdy Oskarek już spał, płakałam do poduszki, bo wiedziałam, że zbliża się koniec i będę musiała na zawsze rozstać się z moją „siostrą”.
Pewnego lipcowego dnia, tuż przed 2 urodzinami synka, podczas gdy ten smacznie spał, wyszłam z Korą przed dom. Chodziła biedulka po trawniku, włócząc głową przy samej ziemi. Nagle usłyszałam płacz dziecka. Nie wiedziałam co się stało, musiałam pobiec na górę. Wzięłam maluszka na ręce i zeszliśmy na dół po sunię. Ale jej nie było. Myślałam, że oszaleję. Wołanie nie miało żadnego sensu. Szukałam jej nerwowo z dzieckiem na rękach. Po chwili starszy pan, wędkarz przyprowadził ją znad Odry. Była cała aż po same uszy utatłana w mule rzecznym. Prawdopodobnie wpadła do rzeki szukając wody, albo pomyliła kierunki i myślała, że idzie do domu. Wzięłam ją taką brudną na ręce i zaniosłam do domu. Tam rozpłakałam się jak małe dziecko, a Oskarek ze strachu mi wtórował. Byłam bezsilna, bezradna wobec starości, wobec cierpienia tak bliskiej memu sercu osoby. Tego samego dnia po południu wsiadłam w samochód (z Oskara tatem) i pojechaliśmy tam, gdzie wszystko się zaczęło, do wrocławskiego schroniska. Ekipa zmieniła się i już nikt nie rozpoznał kochanej Suni sprzed 13 lat... Zresztą i tak by już nikt jej nie poznał. Chciałam, aby obejrzał ją weterynarz i szczerze powiedział mi czy można mojej Korze jeszcze jakoś pomóc. Odpowiedział: „Tak, można jej pomóc, można jej ulżyć. Trzeba ją uśpić, by nie cierpiała...” Spodziewałam się tych słów, ale gdy je usłyszałam, okazały się ciosem w samo serce. Przekonał mnie. Położył jej wątłe ciałko na metalowym stole, wygolił przednią łapkę. Przytuliłam twarz do jej pyszczka, głaskałam ją. Patrzyła mi prosto w oczy. Po chwili je zamknęła. Już było po wszystkim. Wybiegłam stamtąd, usiadłam na trawniku, i tak wyłam, że chyba całe osiedle mnie słyszało. W sekundę po tym jak zamknęła oczy już tego bardzo żałowałam. Ale proces uśmiercania był nieodwracalny. Do dzisiaj noszę przy sobie dowód morderstwa... Tak, zabiłam ją, uśmierciłam najbliższą mi osobę, która była ze mną przez wszystkie najtrudniejsze lata okresu dorastania, która nigdy mnie nie zawiodła, ani nie opuściła, gdy byłam w potrzebie.
Nie cierpiała! Nie piszczała! Nadal jadła i to z wielkim apetytem, choć w oczach chudła. A ja ją zabiłam!!! Może jeszcze dane jej było pół roku życia, może kilka miesięcy? Nie ważne. Każdy dzień z nią był dla mnie ważny, dawał mi tyle radości, kochałam ją bezgranicznie...
Weterynarz widząc moją rozpacz, zaproponował, aby jej ciało zostawić w schronisku. Wszystkie uśpione zwierzęta przechowują w specjalnej chłodni, a raz w miesiącu przyjeżdża firma - „spalarnią”, która zajmuje się ich „kremacją”. Ponieważ nie miałam gdzie jej pochować, nie miałam działki, ani ogródka, pomyślałam, że przynajmniej nie będzie sama, tylko wśród innych zwierząt...


W domu coś nie dawało mi spokoju. Nie mogłam spać. Ciągle wyłam jak wilk do księżyca. W końcu zadzwoniłam i anonimowo spytałam, co dzieje się ze zwierzętami po uśpieniu, gdyż mam starego kotka i nie wiem co z nim zrobić po jego śmierci. W odpowiedzi „miła” pani objaśniła mi, że faktycznie wszystkie zwierzęta trafiają do chłodni, gdzie są przetrzymywane do czasu. Ale uwaga!!! Raz w miesiącu przyjeżdża „Bakutil”, zabiera wszystkie zwierzęta do przerobu na mączkę kostną, która trafia na kurze fermy jako dodatek do pasz!!! Objaśniła mi, że zwierzęta są oskórowane! Małe pieski i koty, oraz gryzonie trafiają do maszyny mielącej w całości, a duże typu owczarki!!! - są kawałkowane, tzn oddzielana jest głowa i kończyny od tułowia...
Nie mogłam nic powiedzieć, dusiłam się, rzuciłam słuchawkę. Ryczałam nerwowo chodząc po mieszkaniu i obmyślałam plan. Jak się trochę uspokoiłam zadzwoniłam, było mi wszystko jedno co powiem, byleby tylko za wszelką cenę odzyskać ciało mojej Kory!
...”Proszę Panią, ja wiem, że Pani nie jest niczemu winna, że Pani tam jedynie pracuje i wypełnia swoje obowiązki. Ale proszę mnie bardzo uważnie wysłuchać, gdyż nie będę drugi raz powtarzać, a jeśli nie zostanie spełnione moje żądanie wszystkie media dowiedzą się o waszej „działalności na rzecz zwierząt”...Dwa dni temu została uśpiona moja suczka, owczarek niemiecki. Okłamano mnie! Żądam natychmiastowego wydania ciała psa! Po południu przyjadę po nią i nie chcę absolutnie spotkać się z sytuację, w której będziecie stwarzać mi jakiekolwiek problemy, bo skończy się to dla waszego schroniska tragicznie. Proszę przekazać moje słowa dyrekcji. Za kilka godzin będę. Dziękuję. Do widzenia.”
I byłam. Znowu pojechałam z ojcem Oskarka, on bardzo kochał moją Korę i wiedział ile dla mnie znaczy. Nie robili problemów, byli cicho jak mysz pod miotłą. Darek wszedł do chłodni, wyszukał ciało mojej suni i wyniósł ją w czarnym worku, tak abym ja niczego nie widziała. Powiedział tylko: „lepiej żebyś jej teraz nie widziała...” Bałam się, nie zaglądałam...
Pochował ją na łące, nad brzegiem Odry, zaraz obok swojej ogromnej suki Bonzy, która skończyła żywot 4 lata wcześniej, i którą ja też bardzo pokochałam.
Minęło 12 lat, od kiedy straciłam mojego jedynego i największego przyjaciela. Wiem, że taki przyjaciel i taka miłość człowieka do zwierzęcia już nigdy mnie nie spotkają. Taka historia może się zdarzyć tylko jeden raz w życiu.
Dzisiaj jest wigilia, magiczny wieczór, w którym zdarzają się cuda i spełniają marzenia, które wydają się nie możliwe do spełnienia. Gdyby Pan Bóg dał mi taką możliwość w ten jeden, jedyny dzień roku, gdyby mi dał możliwość spotkania się z jedną z osób, której już nie ma w świecie żywych, bez wahania, bez najmniejszej nutki wątpliwości poprosiłabym o spotkanie właśnie z nią, z moją „siostrą”. Oddałabym wiele, by móc ją jeszcze raz mocno przytulić. Bym mogła podziękować jej za miłość jaką mnie na każdym kroku obdarzała. Bym mogła spojrzeć jeszcze raz w jej piękne, mądre, spokojne psie oczy. Bym mogła dotknąć jej aksamitnych uszu. Bym mogła w końcu ją przeprosić za to co jej uczyniłam...
Nigdy o Tobie nie zapomnę psinko. Noszę Cię głęboko w sercu i pozostaniesz tam do końca moich dni. Żyję nadzieją, że kiedyś, po tamtej stronie się spotkamy. Nie chcę nawet myśleć, że może być inaczej.

----- ----- ----- ----- -----
Post powstał z bólem serca, przy zużyciu całej rolki papieru na wycieranie nosa i spłakanych oczu. Ja wiem, że większość z Was może nie rozumie i nigdy nie zrozumie mojej „chorobliwej” miłości do najzwyklejszego psa. Ale kiedy człowiek jest bardzo samotny, tak bardzo, że aż boli, wówczas taki najzwyklejszy pies staje się wszystkim, całym życiem.
Nie proszę o zrozumienie. Mam tylko nadzieję, że moja prośba zostanie „na górze” kiedyś zauważona i wysłuchana...

**************************************************

23.12.2009

Wieczorową porą...

Uwielbiam przedświąteczny okres. Czas oczekiwania, magia klimatu nadchodzących świąt wprawia mnie w niesamowicie romantyczny i nostalgiczny nastrój. To są plusy. A minusy? Niebotyczne zmęczenie!
Po czterogodzinnych zakupach w markecie, w tłoku, ścisku i przepychaniu, po bieganinie za prezentami, po wysprzątaniu na błysk całego „m”, po trzydniowym nieustannym staniu przy garach, mam dość. Moje zmęczenie sięga zenitu! W dużej mierze przez wzgląd na chore serce, bardzo szybko męczą mnie fizyczne wyczyny, a ich natłok w tak „gorącym” okresie, dosłownie zwala mnie z nóg :(
To oznacza tylko jedno – muszę koniecznie zrobić przerwę i naładować akumulatory!
Już kiedyś pisałam, na poprzednim blogu, że prawdopodobnie chyba pochodzę z rodu wampirów... (ha, ha, ha), gdyż w przeciwieństwie do większości normalnych ludzi, nie cieszę się upalnym latem i żarem lejącym się z nieba. Nie ładuję akumulatorów na skwarze sięgającym zenitu.
Moje królestwo zaczyna się wieczorem, w blasku migoczących gwiazd i delikatnym powiewie letniego wietrzyku. Szczyt emocjonalnego zadowolenia osiągam podczas pełni księżyca, wtedy też następuje totalne ładowanie moich akumulatorów. Latem, w takie ciepłe wieczory, siadam na balkonie ze szklanką chłodnej lemoniady i godzinami wpatruję się w niebo. Jest mityczne... Każdy gwiazdozbiór, to inna rodzina gwiazd. Wyobrażam sobie, że wśród nich są gwiazdy przynależące do moich bliskich, którzy już odeszli do krainy snów, i którzy za ich pomocą w magiczny sposób „łapią” ze mną kontakt. Najważniejsza z nich – Gwiazda Polarna „łączy” mnie z kimś wyjątkowym. Z kimś, o kim przygotowuję post, który wyświetli się dokładnie 24.grudnia o godz.00:00.
Ale wracając do ładowania baterii. Zimową porą nie mam możliwości stania na balkonie i wpatrywania się w niebo. Zresztą, nie jest tak piękne jak latem, a zerkający ukradkiem ludzie wzięliby mnie za czuba nr1 ;)). Zastępczym środkiem stają się świece. To właśnie w ich blasku odzyskuję siłę i wewnętrzny spokój. Gdy ogromne zmęczenie daje o sobie znać, to właśnie one, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stawiają mnie na nogi...
Jest 01 w nocy. Właśnie wyłączyłam bigos. Jestem padnięta. Czas na magiczną sesję "świecowo-muzyczną", regenerującą siły i stan ducha:















Dziewczyny! Zwolnijcie, odpocznijcie, znajdźcie chwilę na relaks w blasku świec, przy swojej ulubionej muzyce. „Wyłączcie się” na dłuższą chwilę, by romantyczny nastrój wprowadzić do Waszych domostw i Waszych serc.
Za oknami deszcz :( Teraz bardziej, niż kiedykolwiek będzie nam potrzebne „wspomaganie” świątecznej aury. Pani Zima odeszła i z pewnością już nie zdąży wrócić, by sprawić nam piękne, białe, mroźne Święta.
Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zostawili dla mnie w komentarzach i mailach piękne życzenia świąteczne.
Wracam do obowiązków i chwil, które spędzę z najbliższymi.
Do „usłyszenia” po Świętach :)

PS
Ciąg dalszy historii o "czubku: w komentarzach pod postem o tym tytule... :))

**************************************************

21.12.2009

Świątecznie.


Przytaszczyłam z piwnicy małą choineczkę do pokoju Oskarka i całą resztę ozdób, by świąteczna atmosfera zagościła w całym „m” i przystąpiłam z wielkim zapałem do działania..
Największą frajdę sprawiło mi ubieranie mojej pierwszej żywej choinki. Czekałam aż Darek pojedzie na noc do pracy. Lubię coś robić, gdy nikogo nie ma w domu, gdy nikt mnie nie rozprasza i nie przeszkadza. Miało być skromnie w kolorze i detalach, a przede wszystkim drucikowo, i tak też jest. Pojawiło się jednak małe „ale”... Moja choineczka nie miała być z tych największych, ale nie przypuszczałam, że okaże się tak obszerna i nad wyraz gęsta. Na dworze, pośród innych wyglądała na...drobniejszą. Dopiero w domu okazało się, że jest dużo „grubsza” niż przypuszczałam. Odchudzanie nie wchodziło w grę! Byłam jednak zmuszona wyciągnąć dodatkowe pudełko maleńkich 30 bombeczek otoczonych srebrną nitką, by moja pani nie była zbyt naga. W końcu, po domu kręci się trzech facetów ;)
Gdy drzewko już było ubrane, mieszkanko wysprzątane, a ja padnięta, usiadłam w ciszy, w blasku zapalonych świec i upajałam się chwilą.
...moja pierwsza w życiu żywa choinka...
Mój Boże, tak niewiele do szczęścia potrzeba!
Łezka pociekła po policzku. Już tak mam, wzruszam się ulotną chwilą szczęścia, tak jakbym się bała, że może mnie to już nie spotkać. Łapię takie radosne momenty pełną piersią. Zachłannie, garściami chwytam obrazy, by móc zachować je głęboko w pamięci.
Wszak nie znamy ani dnia, ani godziny...








Moje Drogie Koleżanki; te z którymi jestem w bliższym kontakcie, te które pozostawiają ślad po sobie, i te które cichutko przemykają przez maleńki skrawek mojego świata, wszystkim Wam z głębi serca pragnę życzyć bardzo spokojnych i radosnych świąt, u boku tych, dla których bije Wasze serce. Oby spokój i świąteczna atmosfera zagościła na dłużej. I aby spełniło się Wasze najskrytsze marzenie, z chwilą kiedy o nim pomyślicie, gdy na niebie, w wieczór wigilijny wzejdzie pierwsza gwiazdka.
Cieszę się, że jestem tu, z Wami.
WESOŁYCH ŚWIĄT! :)

MERRY CHRISTMAS!


**************************************************

20.12.2009

Pół żartem, pół serio o czubku :) W poszukiwaniu choinki.

Mój chłopina zbuntował się!
I rzekł: „zniosę drucikową choinkę, zniosę te wszystkie ozdoby z drutu, mogę spać na drutach i jeść z drutu, ale na choince musi być najprawdziwszy „czubek”, taki jaki pamiętam z dzieciństwa, a nie jakaś druciana gwiazda!” …
Ups! I mamy problem...
W końcu poszliśmy na kompromis; jeden dzień druciany szpic, drugi prawdziwy „czubek” i tak na przemian.
Poszliśmy więc dzisiaj do miasta w poszukiwaniu tego czubka.
Po drodze mijaliśmy różne czubki: jeden biegł w samej bluzce środkiem ulicy w spodniach, które ledwie trzymały się kupy (k=d) i krzyczał na całe gardło: „E! No chodź tu! Zaraz Ci wpier....., ty zasr...., popier...... gnoju!” Ups! Co za wyszukane słownictwo...
Drugi czubek szedł w stroju moro z zarzuconymi wędkami na ramieniu. Kierował się prosto w stronę rzeki Odry, przy której położone jest moje osiedle. Chyba poszedł po rybki na Wigilię...
Trzeci z napotkanych czubków był chyba...najfajniejszy, bo bardzo przypominał Mikołaja :) Stał pod sklepem z napojami wyskokowymi, nos miał tak samo czerwony jak renifer Rudolf. Zerkał przez szybkę i mocno zdziwionym, oraz radosnym głosem wykrzykiwał: „Ho, ho ho, w tym roku nawet tańsze winko jest w odświętnej szacie!” Prosty chłopina, a jak potrafił dostrzec uroki świąt... :)
Kurcze, tyle czubków, a żaden nie pasuje do naszej choinki :(
W końcu, po długim szukaniu, węszeniu i tropieniu znaleźliśmy jakieś czubki, ale te z kolei nie pasowały kolorem do wystroju naszego drzewka. Wygląda na to, że jednak będziemy zmuszeni zadowolić się moją drucianą gwiazdą :) Teraz twierdzę, że wcale nie trzeba było aż tak długo szukać, by trafić na odpowiedni czubek... Wszak każdy z nas ma w sobie małą cząsteczkę „czubka” ;)) Faceci, na przykład wtedy, gdy oglądają z kolegami mecz przy kuflach z piwem, a my – kobiety, jak trafimy na bezcenny grat na targu staroci ;) Ot, takie małe, niegroźne czubusie :)
A teraz już poważnie.
Choinka.
No właśnie, choinka...
Było ich tak dużo, że nie wiedziałam którą wybrać.
Szaleństwo przedświątecznych zakupów dopadło wszystkich. Tyle ludzi ile dzisiaj było w moim małym miasteczku w Rynku i na targu, to moje oczy jeszcze nie widziały! A wszyscy jak zahipnotyzowani kupowali ten sam towar: choinki, karpie, ozdoby i światełka.
Wybrałam w końcu moje drzewko. Moje wyczekiwane, wytęsknione żywe drzewko! W dodatku udało mi się kupić w donicy, tak jak chciałam, by na wiosnę zwrócić mu wolność w mamy ogródku.

Moja piękna pani, jeszcze w osłonce siateczkowej

Przy okazji kupiłam pudełko bombek w kolorach odcieni drutów.
Te skromne 9 sztuk, będą jedynymi bombkami na tegorocznej choince.


W metrażu zakupiłam trzy rodzaje materiałowych, usztywnianych wstążek.
Zrobiłam z nich przy pomocy drutu kokardki na drzewko. Wyszło po 6 szt, łącznie 18.


I jeszcze kolejne akrylowe zawieszki...
 Piękne, duże, nie mogłam się im oprzeć.
 Mam straszną słabość do akrylowych cacek.
Zawieszam je z lubością i upodobaniem przy wszelkich możliwych przedmiotach.


Na dzisiejszych zakupach byliśmy łącznie 4 godziny, przy 13-sto stopniowym mrozie! Było tak uroczo; mroźno, śnieżnie i bezwietrznie. Spacerowaliśmy uliczkami prowadząc rozmowy, mróz praktycznie był ledwie odczuwalny. Za to po powrocie do domu zimno wychodziło z nas, chyba ze wszystkich części ciała. Na włosach, które wystawały spod czapki miałam piękne szronowe pasemka :) Jak ja tego nie odchoruję, to będzie wielki cud!
Jutro szaleję! Biorę się za ubieranie choinki :)
Pozdrawiam Was bardzo ciepło :)

**************************************************

18.12.2009

Zima!!!

HURA! HURA! HURA!
Za oknami...ZIMA!!!
Jest biało i wciąż pada śnieg!

Zza szybki:

Boże, jak ja kocham zimę!
Dziękuję Ci z całego serca za tę porę roku :)
To właśnie ją najbardziej lubię spośród wszystkich pór. Ma w sobie tyle magii...
Chłód sprawia, że chętniej przytulamy się do siebie. Szybko zapadający zmrok zaprasza do częstego przesiadywania w blasku świec. To takie romantyczne :) Herbata, kakao i czekolada smakują zupełnie inaczej...
Magia Świąt jednoczy nawet tych najbardziej zwaśnionych. Spacer o zmroku przystrojonymi świątecznie uliczkami, podczas gdy pod nogami skrzypi śnieg, a z nieba wolniutko spadają duże płatki śniegu jak srebrzyste gwiazdki, to jeden z powodów, dla których z wypiekami na twarzy wyczekuję zimy.
Najdrobniejszy szczegół sprawia mi wielką radość. Często słuchając mojej ulubionej muzyki w blasku zapalonych świec i aromacie tlącego się kadzidła potrafię płakać. Wielkie jak groch łzy spływają mi po policzkach. To łzy szczęścia. Szczęścia daną chwilą, która jest tak ulotna jak ten piękny, biały, zimowy puch...
Mało jest entuzjastów zimy, a szkoda :(
Jestem niemal odosobniona w tym temacie :(
Ramzes na przykład, absolutnie nie podziela mojego zdania. Ciągle wciska się w różne kąty i zakamarki szukając ciepełka. Ale „kąt” nie może być pierwszy lepszy. Musi zawierać co najmniej kilka poduszek, a najlepiej gdy jest kocyk. Niezastąpione w tych dniach jest więc ciepłe ubranko, w które chętnie daje się włożyć :)

Widzicie go, jak śpi na kanapie w blasku świecy, w tym swoim dresiku? :))


Oby tylko do świąt nie prysnęły uroki zimy! Wtedy świat stanie się szary, bury i ponury, a w sercach zagości dziwny smutek i tęsknota. Za czym? Właśnie za zimą. Więc kochajmy ją, bo stanowczo gorszą opcją jest jej brak.
Wieczorkiem znowu drucikowałam, całe trzy godziny...
Zrobiłam kolejną porcję ozdób na choinkę: 15 aniołków i 15 sopelków. Uznałam, że to koniec. Mam zrobionych w sumie 6 różnych wzorków: koła, serca, spiralki, choinki, aniołki i sopelki, co razem stanowi 90 szt. Myślę, że nie zgubią się w gąszczu zielonych igiełek.


Darek wrócił z pracy z czerwonym tobołkiem, a w nim...paczka mikołajowa z zakładu pracy :) Mnóstwo słodkości i kartka z życzeniami od dyrekcji. To miłe, że oprócz bonów na świąteczne zakupy, zakład dołożył jeszcze coś...”od serca” ;)


Jutro, zaraz po śniadaniu idziemy do miasta po choinkę i po coś jeszcze... Ale o tym osobny post :)
Moc zimowych, ale bardzo ciepłych pozdrowień zostawiam dla każdej z Was :)

**************************************************