25.11.2009

Gwiazdkowe upominki.


Uwielbiam prezenty i niespodzianki, jak chyba każdy z nas, ale jeszcze większą przyjemność sprawia mi obdarowywanie innych. Przygotowania do świąt zawsze zaczynam od długiej listy prezentów, jakie szykuję dla całej rodziny. Nie ma u nas tradycji „Mikołajkowej”, natomiast nieodzownym elementem świąt Bożego Narodzenia są Gwiazdkowe upominki, które czekają cierpliwie pod choinką. Po kolacji wigilijnej wszyscy wspólnie (dzieci, rodzice, dziadkowie) rozpakowujemy prezenty.
Nieskrywaną radość przyniesie mi możliwość podarowania kilku blogowym koleżankom moich skromnych wytworków.
Przygotowałam trzy upominki:

1. serduszkowe okienko,
które można postawić lub powiesić, bądź też zawiesić w oknie jako witraż

2. serduszko z kokardką
wraz z miniaturką, jako zawieszki razem, lub osobno

3. kwiatek w wazonie
wraz z miniaturką serduszka w formie zawieszki.
Kwiatek doskonale nadaje się jako ozdoba np. dużej świecy

Zasady udziału w zabawie i otrzymania prezentu są wszystkim dobrze znane. Należy napisać wzmiankę na swoim blogu, oraz zostawić w komentarzach „swój ślad” :)  Jeżeli ktoś z moich gości zechce wziąć udział w zabawie, a nie posiada własnego bloga, proszę o zostawienie komentarza z podanym imieniem lub nickiem. Anonimowe wpisy nie biorą udziału w losowaniu.
Ponieważ chciałabym, aby upominki dotarły do Was jeszcze przed Wigilią, losowanie trzech osób odbędzie się wieczorem, 15 grudnia, a następnego dnia ogłoszę jego wynik i niezwłocznie wyślę upominki pod wskazane przez Was adresy.
Mam cichutką nadzieję, że znajdą się chociaż trzy osoby, które będą chciały otrzymać drucikowy wytworek...


Serdecznie zapraszam :)
Ja ostatnio również wzięłam udział w zabawie u moich blogowych koleżanek :) Szczegóły dostępne na samej górze bocznego paska. U Kasandry są prześliczne mikołajkowe serduszka. U Małgosi jest uroczy wianuszek. A u Anne, piękne serce z niespodzianką. I też mam cichutką nadzieję, że być może któreś z losowań okaże się dla mnie szczęśliwe :)

**************************************************

Przedświąteczne przygotowania.

Jak już pisałam, w tym roku będzie u mnie monotonnie...
Zero kolorków, których zresztą unikam jak diabeł święconej wody, za to ma być biało-srebrno-szklano-metalowo-sznurkowo. Już w zeszłym roku chciałam zrobić świąteczne dekoracje w wymarzonych barwach i materiałach. Niestety spóźniłam się nieco z przygotowaniami i musiałam zadowolić się „złotem”, którego nie lubię ani w tkaninach, ani we wnętrzu, ani w biżuterii.
Będąc ostatnio w mieście kupiłam śliczne, akrylowe ala-sopelki, które urzekły mnie swoją formą, srebrne koraliki ozdobne w metrażu, białe figurki do których będę dorabiać metalowo – łańcuszkowe zawieszki, oraz duże, drewniane, dwustronne zawieszki okienne pomalowane na srebrno, w formie dzwonu, anioła, choinki i gwiazdy.
Resztę zrobię sama.




I robię, codziennie po kilka sztuk. Opuszki palców mam tak zniszczone od drutu, że wstydzę się pokazać dłonie. Szykując po kilka sztuk ozdób dla bliskich, mam nieodpartą chęć podarowania ich jeszcze kilku osobom, ale o tym napiszę jak tylko znowu dorwę się do komputera.
Może jeszcze dzisiaj? :)




Pozdrawiam Was serdecznie :)

**************************************************

24.11.2009

Szpital w domu.

Ostatnie dni bardziej przypominały chwile grozy, niż spokojne, aczkolwiek szare i monotonne życie...
Oskar w zeszły czwartek wrócił ze szkoły podejrzanie dziwny. Pokładał się gdzie popadnie i podsypiał nawet na siedząco. O 19 leżał już w łóżku. Temp 39,5 z dalszą tendencją rosnącą. Czułam wewnętrzny strach przed ewentualną świńską grypą. Obawy, nie bez powodu - mój syn jest astmatykiem. Oglądam wszelkie wiadomości i słyszę, że najbardziej narażeni na powikłania pogrypowe i zgony, są ludzie cierpiący na schorzenia przewlekłe, w szczególności astmatycy... Wiem, że strach ma wielkie oczy, ale w tej sytuacji był chyba całkowicie uzasadniony. Zachowałam zimną krew. Obserwowałam syna całą noc. Temperatura 40-sto stopniowa zbiła go z nóg. Podałam wszelkie możliwe leki i mój niezawodny środek na szybkie zbicie gorączki poprzez wypocenie się dzięki herbatce lipowej. Ok 6 rano temp spadła do 38,5 a ja padłam z psychicznego wycieńczenia...
Piątek, sobota i niedziela spędzona w łóżku, ale już bez stresu i nerwówki, gdyż byłam pewna, że to zwykła infekcja, a nie poważny wirus określany mianem pandemii.
Nie odetchnęłam na długo z ulgą...
W sobotę, telefon od Darka z pracy, który brzmiał: „Niunia, mam chyba zgruchotaną stopę”. Pojechałam z rodzicami po nieszczęśnika i od razu trafiliśmy na pogotowie. Okazało się, że gdyby nie obuwie ochronne wzmocnione blachami, stopa faktycznie byłaby zmiażdżona niczym przydeptane kruche ciasteczko, a tak jedynie stłuczenie, skręcenie i naderwanie ścięgna. Gips na 22 dni i leniuchowanie w domu...
Rany! Jak my wytrzymamy razem w domu ciurkiem przez 22 dni i nocy?! Przecież ja zwariuję do reszty! Mój mężczyzna, typowy pracoholik, już przy dwóch dniach wolnego korby dostaje, a co dopiero przy 22?! Czarno to widzę... Mam jednak asa w rękawie na jego marudzenie, że nie ma co ze sobą zrobić... Codziennie wieczorkiem serwuję mu zastrzyk przeciwzakrzepowy, którego bezbolesność uwarunkowana jest brakiem marudzenia ;)
Jędza ze mnie? :))


Na dokładkę, jakby tego było za mało, problem zdrowotny dopadł też mojego Ramzesa. Kaszle jak szalony, chodzi po kątach i straszy mnie, że się dusi. Dwa lata temu przeszedł zapalenie płuc. Wyszedł z tego po serii zastrzyków, które robiłam mu dwa razy dziennie. Tym razem podobnie to wygląda. Leczę go od wczoraj „ludzkimi” lekami, ale jak do jutra nie będzie poprawy trzeba będzie udać się do naszego weterynarza.
Ludzie, skaczę koło moich facetów jak jakaś Maryna z etatem całodobowym. Już opadam z sił. I właśnie dzisiaj opadłam...na kanapę i nie daję znaku życia. Dobrze, że moi faceci raczyli zauważyć, że już brakło mi sił. I teraz Darek biega z nogą w gipsie i pyta: „Zrobić Ci herbatkę kochanie?”. Oskar w ciszy odrabia lekcje, a Ramzes leży u moich stóp i pilnuje, tylko nie wiem czego? Chyba tego, żebym i ja się nie rozchorowała, bo będzie totalna klapa.
....................................................................................
Robiąc zakupy w aptece, kupiłam po drodze malusieńkiego misia, który miał za zadanie pilnować Oskara, aby szybko wyszedł z choroby. I chyba dobrze się spisał, bo choróbsko dosyć szybko odpuściło :) Przy okazji wstąpiłam do nowo otwartego sklepu, a tam moje oczy ujrzały malusie podusie :) Prostokątne (takie, jakie lubię najbardziej), wykończone po bokach frędzelkami, o wymiarach 30/50, w kolorach jasno i ciemnoszarym z elementami czerni. Cena 14 zł za komplet (2 szt.) Nie mogłabym spać, gdybym się nie skusiła :)



Z tej radości przystąpiłam do dalszego „drucikowania” i kolejnych przedświątecznych zakupów. Ale o tym w kolejnym poście.
Życzę Wam i Waszym rodzinom dużo, dużo zdrowia.

***************************************************

18.11.2009

Pracowita nocka.

Darek poszedł do pracy, a ja zamiast grzecznie iść spać, lub zatopić się w muzyce przy blasku świec, wzięłam się za „drutowanie”. Jakiś czas temu obmyśliłam sobie, że sama zrobię wszystkie tegoroczne ozdoby świąteczne. Ma być prosto i skromnie: drut, sznurek, szkło, oraz srebrne dodatki w postaci bombek i koralików. Już kilka ozdób powstało, pokazywałam je na poprzednim blogu. Przede mną było jeszcze zrobienie sporej ilości metalowych ozdób na drzewko świąteczne. Kupiłam dwa rodzaje drutu: jasny, grubszy, który będzie tworzył bazę, i czarny, cieńszy i dużo bardziej plastyczny, który będzie formą ozdobnej „owijki”.



Miałam natchnienie, więc wzięłam się do roboty. Szalałam jak nakręcona maszynka, i nawet nie wiem kiedy minęła noc... Usłyszałam brzęk kluczy w zamku. Pomyślałam: no to ładnie, Darek z pracy wraca, 7 rano... Chłopina przyzwyczajony już do moich częstych bezsennych nocy wcale nawet nie był zaskoczony. Wręcz przeciwnie, śmiał się do rozpuku, bo ponoć mój wygląd przypominał obraz nędzy i rozpaczy :)) Ława cała zawalona pierdółkami, zwoje drutu na kolanach, ręce czarne (gdyż czarny drut przy mocnym skręcaniu brudził skórę), narzędzia tortur porozkładane wokoło, odciski na prawej ręce, a na lewej, dla odmiany setki zadrapań, i ten błędny wzrok, oraz dziki wyraz twarzy zdradzający skrajne zmęczenie... Miał ubaw. Patrząc na hurtowe ilości produkcji i głaszcząc mnie po niedbale upiętych włosach stwierdził, że wyglądam jak alkoholiczka, która całą noc pracowała chałupniczo, by zdążyć z „towarem” na sprzedaż jeszcze przed otwarciem monopolu :)) Spytał ironicznie: „Kochanie, to ile buteleczek będziesz z tego miała?” Śmialiśmy się oboje, choć przyznam, że nie był to dowcip z górnej półki.
Przez noc powstał 60-cio częściowy komplet na drzewko: 15 serc, 15 choinek, 15 spiralek i 15 kółeczek, oraz ozdoby na łańcuszkową girlandę, która zawiśnie nad lustrem: krzyż, 4 większe serducha i 4 miniaturki. Przy okazji dorobiłam jeszcze 4 chwosty z kolorowych mulin, które ozdobią największe latarenki i świeczniki. Przyznam, że praca z drutem była bardzo mozolna. Nie miałam żadnego szablonu według którego mogłabym wyginać obrabiany materiał. Cała kolekcja powstała od ręki, na zasadzie wielu przymiarek każdej kolejnej rzeczy do pierwszej powstałej jako wzór.



Całość kolekcji, 60 szt

Na łańcuszkową girlandę...



Kolejne chwosty

Mam dość! Jestem padnięta! Chyba położę się na jakieś dwie godzinki. Przede mną mnóstwo codziennych obowiązków, a ja ledwie stoję na nogach utrzymując pion. Kurcze, faktycznie muszę wyglądać jak degeneratka. Co potrafi zrobić z człowiekiem zmęczenie po nieprzespanej nocy? Mam trochę pretensji do pewnej osoby... Stanęłam przed lustrem i z ironicznym uśmieszkiem powiedziałam jej: „Jak sobie pościeliłaś, tak się wyspałaś” ;)
PS.
Drogie koleżanki, później do Was wpadnę w odwiedzinki i odpiszę na wszelkie komentarze.
Wybaczcie, ale padam...

**************************************************

16.11.2009

Promyk słońca.

Niedziela była urocza. Urocza pod względem aury, która nas rozpieszczała ciepłymi promieniami słońca. Niestety, cieszyłam się nimi tylko spoglądając przez okno. Darek pracował, Oskar poszedł w odwiedziny do dziadków, a ja z tych nudów sięgnęłam po aparat. Chciałam zatrzymać w kadrze chwile szczęścia, tak ulotne jak ziarenko piasku niesione przez wiatr. Tak już mam, że jak coś robię tak z głębi serca, słowa kłębią mi się w umyśle dając wyraz moich uczuć. I tym razem powstała rymowanka, taka niedokładna i nieregularna, taka moja, na miarę chwili...

„Promyk słońca”
Złapałam go ukradkiem,
lecz wcale nie przypadkiem.
Ukryłam go we szkle,
głęboko, jak we mgle.
I teraz blaskiem swym,
w mym sercu wiedzie prym.
Przyćmiewa wszystko wkoło,
jest pięknie, tak bajkowo.
Lecz co to, nie ma blasku?
Mój promyk jest w potrzasku!
Ugrzązł gdzieś za chmurami,
czym serce me do głębi rani...









Ramzes też złapał mały promyczek. Widzicie go?
Jest w jego ślicznym psim ślipku :)


Życzę wszystkim dużo słońca i pogody ducha :)

**************************************************

15.11.2009

Trzynastego, piątek :)

Jak już wcześniej pisałam, mój chłopina wreszcie dorósł do przekonania, że dupska nie tylko można wozić motorami, ale też i trzeba czasem samochodem. No bo jak tu jechać motorem do marketu na duuuże zakupy? Albo w deszczowy dzionek wybrać się do znajomych? Czy nawet wrócić po pięknym dniu, który zakończył się ulewnym deszczem? A o zimie już nawet nie wspomnę!
Kurs ukończył dość szybko. Egzamin teoretyczny miał jakieś 10 dni temu. Teraz czas na praktyczny popis umiejętności, który przypadł...w piątek, trzynastego. Albo okaże się szczęśliwą datą, albo znienawidzi ją do końca życia :) Ponieważ egzaminy odbywają się w naszym wojewódzkim mieście, postanowiliśmy sobie urządzić wycieczkę. A, co :)) Ale nie byle jaką – motorami (matko, jakby Darek to usłyszał, to by mi dał, za te byle jakie motory...) bo nasze już odstawione w garażu na zimę czekają. Wycieczka miała być jak za dawnych lat – pociągiem :)





Jezuniu kochany, kiedy ja ostatni raz pociągiem jechałam!? Toż to wieki temu było! A uwielbiam ten środek lokomocji przeokropnie! :) Przypomina mi odległe czasy, kiedy jako mała dziewczynka jeździłam z rodzicami na drugi koniec Polski do dziadków, do Olsztyna. Podróż trwała równe 12 godzin. Pod koniec nudziłam się już okrutnie. Ale ledwie wysiedliśmy z pociągu, już mamę pytałam, kiedy znowu pojedziemy? :)
13-go, parę minut po 9 siedziałam już przy oknie z wielkim „bananem” na ustach. Milczałam, delektowałam się widokiem pól, łąk i lasów. Mijaliśmy stadko 9 jelonków, które pasły się blisko torów. Taki „głupi” pociąg, a tyle szczęścia, tyle pozytywnych emocji :) 45 minut i byliśmy na miejscu. Szkoda, że tak krótko :( Teraz autobus i spory kawałek piechotką.
Już na miejscu okazało się, że dziś przystępuje do egzaminu 300 osób podzielonych na 10 grup 30-sto osobowych. Czekaliśmy na swoją kolej dobre dwie godziny. A przez ten czas, to co nasze oczy widziały, nie napawało optymizmem... Co 5-6 osoba zdany, reszta do powtórki :( Rany boskie, koszą jak diabli! A może to ten piątek, trzynastego...
W końcu, na placu, przez głośniki wyczytali Darka. Buziak na szczęście i do dzieła! Pojechał z instruktorem w miasto, czyli plac załatwiony pozytywnie. Czekałam przy płocie z mocno zaciśniętym prawym kciukiem. Co chwilę, kolejne auto wracało, a inne opuszczało plac. Zasada była jedna, jak ktoś zdał, wracał osobiście kierując pojazdem. Jak oblał, siedział już jako pasażer. Wypatrywałam auta z bocznym numerem 3. Nerwy...
Po ok 40 minutach jedzie... Słońce świeci dość mocno, prosto w oczy. Nie widzę kto kieruje! Nerwy! A ten mój wariatuńcio macha mi ręką zza kierownicy :) Zdał!!! Boże, dzięki Ci z całego serca. Buziak na powitanie i przymusowe wysłuchanie zdawanej relacji z przebiegu egzaminu. Darek przyznał mi się, że przed samą jazdą pomodlił się, a w modlitwie poprosił nieżyjącą mamę o to, by nad nim czuwała. Właśnie wtedy wyszło słońce... Cały dzień było pochmurnie i ponuro, ale w tym momencie wyszło zza chmurek i od razu zrobiło się radośniej :) Przypadek? Może i przypadek, ale jaki miły :) Zdany egzamin oznacza, że wkrótce, będziemy mogli wszyscy razem wybywać za miasto, na łono przyrody. Jak do tej pory, głównie jeździłam tylko ja i Darek. Mój Oskar chyba boi się motorów, choć nie bardzo chce się do tego przyznać. Ramzes z kolei, z tych emocji gryzie wszystkie części, nawet te metalowe... :) A Ogonek, nie zdążył jeszcze zasmakować jazdy z wiatrem.
Przed nami wspólna przygoda :)
(Nawiasem mówiąc, byłby wstyd jak nic, gdyby nie zdał. Tyle lat być uczestnikiem ruchu drogowego z kat A, a teraz dać plamę z przesiadką z dwóch na cztery kółka...)





Wracaliśmy szczęśliwi spacerkiem przez całe miasto. Obowiązkowo obiadek w azjatyckiej restauracji. 100 gr różnorodnego jadła za 2,50zł. Elegancka, samoobsługowa „knajpka”, w której jedyną zasadą jest bierz ile zjesz :) No to nabraliśmy, aż nas brzuchy bolały :) Niestety, nie zrobiłam zdjęć, bo był komplet ludzi przy każdym ze stolików i wstydziłam się pstrykać... :(
Z pełnymi brzuchami spacerowaliśmy po Rynku. Wstąpiliśmy do Galerii. Tam wpadł mi w oko prześliczny komplecik wełniany: czapeczka + długi szaliczek. Była to czapka, na którą mam chrapkę: taka, jakby... za duża, delikatnie rozwleczona z gumeczką przy rąbku okalającym twarz. Taki rodzaj „beretu rastamana” ;) Przymierzyłam. Cudna!!! Zobaczyłam cenę, i niestety czar prysł niczym bańka mydlana... 299zł... Szok! Spojrzałam na Darka, a on wydusił z siebie: „Kochanie, jak chcesz to weź sobie ten komplecik. Zobacz, ile kasy poszło na mój kurs. Tobie też się coś należy.” Nie! Nie wierzę! Czy ja to słyszę na własne uszy, a słowa padają z jego ust? Stwierdziłam, że zwariował. Nic innego, tylko dzisiejszy szczęśliwy dzień uderzył mu do głowy i spowodował chwilowe uszkodzenie mózgu... Nie, no ktoś tu musi być przy zdrowych zmysłach. Skoro nie on, to muszę być ja. Ten, (co prawda uroczy) komplecik, to prawie połowa ceny biureczka w stylu vintage, na które choruję. I ja mam sobie oddalić zakup biureczka z powodu jakiegoś tam beretu? Nigdy! Poprzymierzałam, nacieszyłam oczy i wystarczy. Chyba trzeba wracać do domu, póki ja jeszcze jestem przy zdrowych zmysłach ;)
Powrót, godz 21 z minutami.


To był cudowny 12-sto godzinny dzionek, piątek trzynastego, który wniósł w nasze życie radość i spore zaskoczenie (mam na myśli Darka chęć zakupu beretu...) :))
Życzę Wam udanego tygodnia, pełnego takich miłych zaskoczeń ;)

**************************************************

14.11.2009

Na przekór aurze.

Za oknami chyba nowa pora roku.
Ani to jesień, ani zima. Nie ma najmniejszego śladu prawdziwej, pięknej, kolorowej, polskiej jesieni. Zimno, mokro, błotniście. Liście nim zdążyły nabrać kolorów, opadły z drzew i zmieszane z deszczem utworzyły gnijące podłoże. Nawet nie nagromadziłam darów jesieni, gdyż nie miałam ku temu okazji. Dlatego z uporem maniaka, na przekór pogodzie ozdabiam zakamarki mojego mieszkanka w barwy miłości, radości i szczęścia. Tu przysiadła kolorowa ptaszynka, tam rumieni się czerwienią jabłuszko. W innym miejscu pysznią się dynie i żołędzie. A wszystkie cudeńka to miniaturki, które tylko udają prawdziwe i oko w zachwyt wprawiają.
Dzisiaj wyszło słoneczko. Promieniami głaskało „dary jesieni”, wpadało do szklanych buteleczek, by olśnić mnie magią światła. I nagle zrobiło się tak pięknie, tak jesiennie, tak jak być powinno.
Smutki odeszły, schowały się za odległymi chmurkami. Odetchnęłam pełną piersią.
Życie jest piękne!
Kocham Cię życie!
:))









**************************************************

12.11.2009

Emocje...

Robiłam dziś porządek w szufladach, dokładniej w teczkach z różnymi dokumentami. I oto na co się natknęłam... na moje wierszyki, które pisałam dawno temu, gdy było mi bardzo źle. Mają już sporo lat, i nie przypuszczałam, że te luzem zapisane kartki schowałam gdzieś głęboko, i kiedyś dokopię się do nich, wracając wspomnieniami do minionych lat.
A jednak...
Wspomnienia zostały przywołane i niepotrzebnie. Lepiej nie wracać do niespełnionej miłości. Ale jak o niej nie myśleć, skoro jej owoc jest przy mnie każdego dnia...?
I właśnie odkryłam przyczynę mojej pogłębiającej się depresji, gdyż wiem, że nic nie dzieje się ot tak sobie. Zawsze nasza podświadomość igra z naszymi uczuciami, nawet wtedy, kiedy wydaje się nam, że o czymś nie myślimy, nie pamiętamy, lub staramy się nie pamiętać.
Nie tak dawno, bo 1 listopada, na cmentarzu natknęłam się wzrokiem na jego sylwetkę. Dzieliło nas może 20 metrów. Był tak pochłonięty swoją dużo młodszą kobietą i jej synkiem, że nawet nie zauważył swojego jedynego dziecka. Nie wiem co mój Oskar w takich chwilach myśli, jakie nim targają uczucia. Wiem jedno; moje serce pęka na tysiące kawałków, niewidzialna ręka dusi mnie mocno za gardło, a strumyki łez same płyną przeradzając się w górskie potoki. Następuje obowiązkowy scenariusz milczenia i udawania nagłego pojawienia się kataru, by ukryć przed dzieckiem mój stan emocji, który sięga zenitu.
Ktoś, kto nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji, nie ma najmniejszego pojęcia, jak to boli. W każdym razie fizyczny ból przy nim, jest niczym masochistyczna forma relaksu.
I pomyśleć, że niegdyś z głębi mojego serca wynurzały się słowa, które były skierowane tylko do niego, do tego jedynego...

Kochany mój, jedyny, drogi,
nie zboczę z raz obranej drogi.
Bądź mój luby mą miłością,
moim smutkiem i mą radością.
Bądź moim nocnym marzeniem,
i moich snów spełnieniem.
Bądź mężczyzną mojego życia,
bądź sensem ziemskiego bycia.
Bądź ze mną na dobre i złe,
tylko tego tak naprawdę chce.
Pragnę Cię kochać, szanować i wspierać,
w Twych objęciach z miłości umierać.
Jestem już Twoja mężczyzno drogi,
lecz cierpię z tej niepewności i trwogi.
Moje serduszko bije tylko dla Ciebie,
czy zechcesz je przyjąć do siebie?
.........................
Znalazłam w końcu to moje kochanie,
lecz co dalej z nami się stanie?
Jestem dobrej myśli i przyznam szczerze,
że w prawdziwość uczuć mocno wierzę.
Wierzę bezgranicznie i pełna ufności,
bo bez wiary nie ma prawdziwej miłości.


Najgorszy w tej mojej życiowej porażce jest fakt, że przez lata stanowiliśmy idealną parę. On był bardzo troskliwym i opiekuńczym facetem. Nigdy nie był kobieciarzem, ani typem rozrywkowego macho. Nie nadużywał alkoholu, rzucił palenie przez wzgląd na moje chore serce. Był bardzo odpowiedzialny i niezmiernie pracowity. Można by rzec: idealny facet. Też tak myślałam...
Rozdzieliło nas to, co powinno było jeszcze mocniej scalić nasz 7-letni związek. Chyba nie był jeszcze gotowy, by w pełni wziąć odpowiedzialność za małą istotkę, która była owocem naszej wielkiej miłości. I choć był ode mnie starszy całe 6 lat, to nasz przypadek idealnie potwierdza teorię mówiącą o tym, że wiek nie zawsze idzie w parze z rozsądkiem i odpowiedzialnością.
Zatopił się bez pamięci w pracoholizmie, a ja odeszłam. Nie było łatwo. Ale wolałam samotne życie, niż bycie nieszczęśliwą przy człowieku, który poświęcał nam minimum swojej uwagi, a dom traktował jedynie jako stołówkę i noclegownię.
Po pewnym czasie dojrzał do zmian i zrozumiał popełnione błędy. Wrócił, błagając o przebaczenie, ale wtedy było już stanowczo za późno...
Dziś, po latach wiem, że nie było za późno. To moja ogromna duma i jeszcze większa ambicja nie pozwoliły mi na taki „gest”.
Wiem, że swoją decyzją największą krzywdę wyrządziłam mojemu jedynemu, ukochanemu dziecku. I przez to do dziś żyję w ciągłej niezgodzie sama ze sobą. Gdybym dostała jeszcze jedną szansę od losu...mój syn miałby ojca. Ale czasu niestety nie da się cofnąć. Bywają w życiu chwile, kiedy podejmujemy nierozważne decyzje, zbyt szybkie, zbyt pochopne, które potrafią znacząco wpłynąć na resztę naszego życia. Ponoć jesteśmy panami własnego losu. Jeśli tak, to dlaczego nie potrafimy nim pokierować w taki sposób, by móc szczęśliwie żyć? A może jednak to Bóg wytycza nam ścieżki po których kroczymy? Dlaczego więc wybrał dla mnie taką, a nie inną?
Z tymi i podobnymi pytaniami, chyba będę żyła do końca moich dni.
Musiałam o tym napisać.
Jest mi lżej...

**************************************************